Jak mówił w niedzielę amerykański sekretarz skarbu Timothy Geithner,
USA dołożą do kasy Banku Światowego 1,1 mld dol. W sumie nowy zastrzyk kapitału dla organizacji ma wynieść 5,1 mld dol.
Co istotniejsze, coraz większą rolę w Banku Światowym będą odgrywały kraje rozwijające się, jak choćby
Chiny. Przedstawiciele tych krajów zwiększą swoją siłę w głosowaniach z 44 do 47,19 proc.
- Nowa formuła lepiej odzwierciedli wagę krajów rozwijających się i tych w trakcie transformacji, dla światowej gospodarki. Jednocześnie chroniąc głos najmniejszych i najbiedniejszych krajów - czytamy w komunikacie Geithnera. Zarówno USA, jak i
Japonia, zgodziły się zmniejszyć swoją liczbę głosów jako znak solidarności z rozwijającymi się krajami.
Jak mówił Robert Zoellick, szef Banku Światowego, niedzielne spotkanie będzie "punktem zwrotnym", po tym jak rok 2009 był "świadkiem końca Trzeciego Świata".
Do podobnego kroku szykuje się Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który obradował w sobotę. Choć plany
MFW, by biedniejszym krajom dać więcej wpływów, już są krytykowane jako zachowawcze. Np. brazylijski minister finansów oskarżył władze MFW o "brak ambicji" i "opór przed zmianami".
Jak twierdzą komentatorzy, zmiany w Banku Światowym i MFW pozwolą Chinom odgrywać jeszcze większą rolę na międzynarodowej arenie - w tym przypadku głównie kosztem bogatych krajów Unii Europejskiej, które dziś mają silną pozycję w zarządzie MFW.
