W środę wśród walut krajów środkowo-europejskich najwięcej stracił węgierski forint - 3,5 proc., czeska korona - 1 proc., i
złoty - 2 proc. Jednak w mojej opinii to złoty najbardziej odczuł zawirowania wokół przyznania Grecji pożyczki, bo o ile za osłabieniem forinta stały czynniki wewnętrzne, to w przypadku złotego jedynym powodem do spadku była sytuacja zewnętrzna.
Przy tej okazji trzeba pamiętać, że złoty nie reaguje bezpośrednio na problemy Grecji czy Portugalii, ale bardziej podąża za nastrojami inwestycyjnymi na światowych giełdach i to przez ten kanał notujemy spadek.
Spośród krajów regionu nasz rynek jest najbardziej rozwinięty i płynny, ale cały czas uważany za rozwijający się. Inwestorzy nie szukają u nas stabilizacji, ale porównują złotego do inwestycji w akcje. Jeśli się szuka bezpieczeństwa, to wybiera amerykańskie obligacje albo franka szwajcarskiego.
Jednocześnie złoty jest najbardziej dynamicznie reagującą walutą w regionie. W I kwartale urósł najwięcej - o 0,3-0,4 zł w stosunku do euro, co oznacza, że teraz spadamy z wyższego poziomu niż korona czy forint.
To, jaka sytuacja czeka nas w najbliższych miesiącach, będzie zależało od sytuacji Grecji. Samo przyznanie pomocy będzie się wiązało z ulgą i umocnieniem euro i złotego. Jej odwlekanie i przedłużająca się niepewność będzie sprzyjało spadkom. Z drugiej strony, jeśli po Grecji kolejne kraje zgłoszą się po pomoc, nie będzie to dla euro dobrą wiadomością.
Wydaje się, że z korzyścią dla nas działa to, że nie jesteśmy w
strefie euro. Gdybyśmy mieli wspólną walutę, jest duże prawdopodobieństwo, że bylibyśmy traktowani przez inwestorów jako jeden z najsłabszych krajów strefy, co przełożyłoby się na wzrost kosztów obsługi długu. Taki scenariusz spotyka właśnie Portugalię, Hiszpanię i Irlandię - oprocentowanie obligacji tych krajów w ostatnich dniach wystrzeliło w górę. Dla porównania polskie dwuletnie obligacje zachowują się relatywnie stabilnie.
not. is