W środę inwestorzy w Europie obudzili się spanikowani. Wszystkiemu winna była sytuacja w Grecji i kryzys finansów publicznych w Europie, który rozlewa się na inne kraje strefy euro.
We wtorek po południu agencja Standard & Poor's obniżyła ocenę wiarygodności kredytowej Aten do "śmieciowej", co oznacza, że kupowanie greckich obligacji jest bardzo ryzykowne. Wcześniej spadek ratingu zanotowała
Portugalia. W odpowiedzi już we wtorek główne europejskie indeksy straciły po 3-4 proc. Indeks w Atenach aż 6 proc.! W środę przed południem panika na europejskich parkietach trwała w najlepsze. Indeks w Lizbonie tracił nawet 6,5 proc. w Madrycie - blisko 5 proc.!
Będzie pomoc, będzie spokój Grecki rząd otwarcie przyznaje, że sam nie jest w stanie pożyczać pieniędzy na rynku. Na rynku wtórnym inwestorzy pozbywają się greckich papierów jak gorących kartofli. Wczoraj oprocentowanie greckich obligacji dziesięcioletnich sięgnęło 11 proc., a obligacji dwuletnich - jak podał Reuters - było na abstrakcyjnie wysokim poziomie... 38 proc.!
- Reakcja rynków, z którą nie sposób dyskutować, pokazuje, że sprawa pomocy musi być rozstrzygnięta na dniach - mówi Simon Derrick, analityk banku BNY Mellon.
Sytuację próbował uspokajać szef Rady Europejskiej Herman Van Rompuy. - Nie ma mowy o restrukturyzacji greckiego długu - zapewniał. "Restrukturyzacja długu" to eufemizm na ogłoszenie niewypłacalności przez Grecję, co wiązałoby się z renegocjacją warunków spłaty greckich długów wobec banków prywatnych, a także zapewne z prośbą o darowanie części kredytów gwarantowanych przez obce rządy. Zdaniem wielu ekspertów zdruzgotałoby to prestiż euro oraz pomogło "śródziemnomorskiemu wirusowi" kryzysu w ataku na Portugalię, Hiszpanię, a nawet Włochy.
Dług publiczny Grecji zbliża się do 300 mld euro, co stanowi 115 proc. greckiego PKB. Jedyną szansą na sfinansowanie ich potrzeb jest międzynarodowa pożyczka. Van Rompuy zwołał wczoraj szczyt przywódców krajów strefy euro, którzy 10 maja w Brukseli powinni podjąć ostateczną decyzję o uruchomieniu pomocy dla Grecji.
Kraje strefy euro oraz MFW do tej pory mówiły o kredytach sięgających 45 mld euro. Wczoraj pojawiły się plotki, że pakiet pomocy dla Aten może w ciągu trzech lat sięgnąć nawet 100-120 mld euro! Donieśli o tym niemieccy parlamentarzyści po spotkaniu z szefem Międzynarodowego Funduszu Walutowego Dominique Strauss-Kahnem i prezesem Europejskiego Banku Centralnego Jeanem-Claude'em Trichetem. Ci ostatni jednak nie potwierdzili tych informacji.
Choć wśród brukselskich eurokratów mało kto wątpi, że - oporne jasnym deklaracjom w sprawie pomocy -
Niemcy ostatecznie sięgną do kieszeni po 8,4 mld swej składki na kredyty dla Greków, to milczenie kanclerz Angeli Merkel w sprawie pomocy potęgowało wczoraj panikę na rynkach. - Niemcy dołożą się do pomocy dla Grecji zgodnie z podjętymi zobowiązaniami, ale tylko jeśli rząd Grecji zaakceptuje dodatkowe cięcia budżetowe - ogłosiła jednak wieczorem kanclerz Niemiec. Wprowadzenie dodatkowych cięć może być jednak problematyczne. Już 5 maja w Grecji ma się odbyć kolejny strajk generalny przeciwko zaciskaniu pasa. Wczoraj przeciwko głębokim cięciom płac opowiedział się grecki minister pracy Andreas Loverdos.
Berlin teraz ryzykowanie balansuje między szybkim ratowaniem Aten (czyli stabilności strefy euro) a niechęcią niemieckich wyborców wobec łożenia na Greków. Niemiecką koalicję rządzącą czekają 9 maja wybory w Nadrenii Północnej-Westfalii, od których zależy utrzymanie większości w Bundesracie, i dlatego jest niewykluczone, że Merkel aż do tego czasu nie powie jednoznacznego "tak" dla kredytów dla Grecji.
- Jeśli Unia będzie działać solidarnie, to euro pozostanie niezagrożone. Rozwiązanie kryzysu leży w naszych możliwościach. Ale potrzebna jest wola polityczna krajów UE i wyjście poza narodowy egoizm - mówi były szef Komisji Europejskiej Romano Prodi.
Europejska zaraza Europejscy przywódcy liczą, że pożyczka oraz wprowadzone w Grecji drastyczne reformy sprawią, iż kraj stanie na nogi. I że pozostałe kraje PIIGS (oprócz Grecji także Portugalia, Włochy, Irlandia,
Hiszpania), które często wraz z Grecją są wrzucane do jednego koszyka, nie wpadną w podobne jak ona tarapaty.
Europejscy przywódcy uspokajają i tłumaczą, że sytuacja Portugalii i Hiszpanii jest zupełnie inna, ale analitycy, także agencji ratingowych, mają odmienne zdanie. W zeszłym roku deficyt sektora finansów publicznych w Grecji sięgnął 13,6 proc. PKB, w Irlandii był na poziomie 14,3 proc., w Hiszpanii sięgnął 11,2 proc. PKB a w Portugalii - 9,4 proc. PKB. Ekonomiści boją się, że kraje te mogą podobnie jak
Grecja w przyszłości wpaść w spiralę zadłużenia.
W Unii tymczasem rośnie gniew w stosunku do agencji ratingowych po wtorkowej decyzji S&P o nadaniu greckim obligacjom statusu "śmieciowego". - Wzywamy agencje, aby opierały swe oceny na rzetelnej analizie gospodarki i uwzględniały obietnice wsparcia UE i MFW - apelowała wczoraj rzeczniczka Komisji Europejskiej.
Jakby na przekór temu wczoraj po południu znowu oliwy do ognia dolał Standard & Poor's. Tym razem obniżył ocenę wiarygodności Hiszpanii. - W naszej opinii wzrost gospodarczy w Hiszpanii przez dłuższy czas będzie mizerny, co osłabi sytuację budżetową - napisali analitycy agencji.
Giełda w Madrycie zareagowała ostrym spadkiem, kończąc ostatecznie sesję 3 proc. pod kreską.
Chociaż rating Hiszpanii jest cały czas na wysokim poziomie AA, to ekonomiści zwracają uwagę, że jej ewentualne kłopoty mogą znacznie bardziej ciążyć strefie euro niż problemy Grecji czy Portugalii. - Hiszpania jest jak 800-funtowy [360-kilogramowy] goryl. Grecja i Portugalia to małe kraje, Hiszpania jest od nich pięć razy większa, patrząc na PKB - mówi Reutersowi Win Thin, strateg Brown Brothers Harriman w Nowym Jorku. Hiszpania to czwarta gospodarka strefy euro, a jej PKB stanowi ponad 11 proc. PKB eurostrefy.