- Mamy własne technologie i doświadczenie, więc możemy wystąpić z hasłem: "Jeśli macie
gaz łupkowy, to idziemy do was!" - powiedział prezes Gazpromu Aleksiej Miller na spotkaniu z dziennikarzami, cytowany wczoraj przez agencję Interfax.
To zaskakująca deklaracja. Zaledwie trzy tygodnie podczas rozpoczęcia budowy gazociągu Nord Stream, który ma przez Bałtyk dostarczać rosyjski gaz do Niemiec, Miller nie krył irytacji na doniesienia, że eksploatacja
gazu łupkowego przekreśli ekspansję Gazpromu na świecie.
Gaz łupkowy to surowiec uwięziony w skałach. Jego wydobycie wymaga wyrafinowanych technologii, w których przodują firmy z
USA. Pod koniec zeszłego roku świat przeżył wstrząs, gdy Międzynarodowa Agencja Energetyki ogłosiła, że w ciągu dekady dzięki nowym technologiom w USA wydobycie gazu łupkowego wzrosło o dwie trzecie. Stany Zjednoczone stały się niezależne od
importu gazu i
gazem łupkowym mogą zaspokoić swoje potrzeby jeszcze przez 100 lat. Skorzystały państwa Europy Zachodniej, które mają gazoporty. Po ograniczeniu importu skroplonego gazu przez USA w Europie spadły ceny tego surowca. Odbiło się to na interesach Gazpromu, bo Zachód zmniejszył import drogiego gazu z Rosji.
- Mamy problem z gazem łupkowym - przyznał przed tygodniem minister zasobów naturalnych Rosji Jurij Trutniew.
Szef Gazpromu nie ujawnił, gdzie rosyjski koncern chce dołączyć do eksploatacji gazu z łupków. Na początku kwietnia Miller nie krył irytacji na raporty amerykańskich ekspertów, których zdaniem największe w Europie takie złoża są w Polsce. Firma Wood McKenzie szacuje je na 1,5 bln m sześc., inne koncerny mówią nawet o 3 bln m sześc. Przy obecnym zużyciu gazu w Polsce starczyłoby nam to na 100 do 200 lat. Działająca w Polsce amerykańska firma EuroGas 10 kwietnia ogłosiła, że podpisała umowę z francuskim Totalem na poszukiwanie gazu łupkowego w graniczącym z Polską rejonie Ukrainy.