Sensacyjna sesja na Wall Street! Inwestorzy na amerykańskiej giełdzie nie wytrzymali w czwartek nerwowo i rynek niespodziewanie znalazł się na krawędzi krachu. Mniej więcej w połowie notowań indeksy zaczęły raptownie tonąć, choć nie wydarzyło się nic, co uzasadniałoby tak gwałtowny spadek. Z nowojorskiej giełdy "wyparowało" ok. 1 mld dol. Indeks Dow Jones w pewnym momencie tracił prawie tysiąc punktów!
Czytaj też:
Wojciech Białek o prawdopodobieństwie krachu na giełdach To nawet więcej, niż w najgorszym dniu kryzysu finansowego 2007-2008 r. Ostatni tak głęboki jednosesyjny spadek Dow notował w... 1987 r. Kiedy już zanosiło się na krach amerykańskiej giełdy niespodziewanie przyszło równie gwałtowne odreagowanie. Indeksy ruszyły gwałtownie w górę i na koniec sesji Dow Jones tracił już "tylko" ponad 3 proc.
Błąd tradera czy zamieszki w Grecji? Analitycy zachodzą w głowę jaka mogła być przyczyna chwilowej paniki inwestorów. Być może gracze w
USA, bombardowani przekazami telewizyjnymi z Grecji, gdzie trwają zamieszki i walki uliczne, wpadli w panikę, obawiając się, że parlamenty państw europejskich nie zatwierdzą uzgodnionego przez Unię Europejską programu pomocowego dla Grecji.
Jay Suskind, wiceprezes
funduszu inwestycyjnego Dunkin Wiliams, cytowany przez internetowe wydanie Wall Street Journal, przyznaje: - To był rodzaj chwilowej paniki. Inwestorzy widząc obrazki z Grecji po prostu poczuli przemożny strach.
Niektórzy analitycy przypuszczają, że przyczyną gwałtownych spadków było samoczynne uaktywnienie tzw. zleceń "stop-loss", które część inwestorów ustanawia, by ograniczyć możliwe straty w warunkach gwałtownych zmian cen. Być może po przekroczeniu przez giełdowe indeksy określonej bariery spadków takie zlecenia się uaktywniły, ściągając indeksy dalej w dół, co z kolei oznaczało uruchomienie kolejnych "stop-lossów" i klasyczną reakcję łańcuchową.
Inny potencjalny powód krótkoterminowej paniki to plotka, która podobno pojawiła się na Wall Street, że w Europie zamknięto wcześniej handel na rynku obligacji z powodu braku płynności. - Pod koniec sesji mówiono też o błędzie jednego z traderów, który zamiast wcisnąć "m", czyli milion, wcisnął "b", czyli amerykański bilion, a polski miliard, na transakcji dotyczącej prawdopodobnie spółki Procter & Gamble. - komentuje Tomasz Smolarek, doradca inwestycyjny Noble Funds TFI. Według niego spółka ta momentalnie spadła o 27 proc., a dzień zakończyła stratą 2.3 proc.
Według telewizji CNBC błąd miał popełnił pracownik Citigroup. Przedstawiciele firmy nie potwierdzili tej informacji. Poinformowali jedynie, że w chwili obecnej "nie dysponują żadnym dowodem na to, że Citigroup była zaangażowana w błędna transakcję.
Według PAP sprawą ma się zająć amerykańska komisja papierów wartościowych (SEC) i agencja federalna kontrolująca amerykańskie rynki kontraktów terminowych (CFTC). obie komisje zapewniły w oświadczeniu, że mając na względzie ochronę inwestorów upublicznią wnioski ze śledztwa i stosowne rekomendacje.
Co nas czeka w piątek? - Będzie podobnie nerwowo. Rośnie prawdopodobieństwo, że do gry wkroczą
banki centralne, by ustabilizować sytuację - napisał Marcin Kiepas, analityk XTB w serwisie Stooq.pl.
Czytaj też:
Pomysł funduszy inwestycyjnych na bessę: potrzymaj pieniądze przez rok, dostaniesz nagrodę Co z euro i złotym? Inwestorzy na światowych rynkach finansowych byli w czwartek o krok od paniki. Niewypłacalność Grecji i obawy, że zaraza przeniesie się do Hiszpanii i Portugalii, z coraz większą siłą pchały handlujących na rynkach do sprzedawania akcji oraz zamiany euro na dolary. "Zielone" zaś pośpiesznie inwestowano w bezpieczne obligacje rządu USA lub w
złoto, którego cena osiągnęła 1200 dol. za uncję. Wieczorem za euro płacono momentami już tylko 1,25 dol. To poziom, który do tej pory wielu analityków wyznaczało jako granicę, po przekroczeniu której wartość euro może runąć.
Nie pomogły uspokajające wypowiedzi szefów
Europejskiego Banku Centralnego, ani to, że Hiszpanii udało się w czwartek sprzedać obligacje za 3 mld euro. Euro tonęło, ciągnąc za sobą m.in. złotego. Wczoraj w ciągu dnia nasza waluta traciła do tych głównych po kilkanaście groszy. Dolar był po 3,27 zł, a frank szwajcarski - po 3,01 zł. Późnym wieczorem było nawet jeszcze gorzej za dolara płacono 3,35 zł, a za euro 4,23 zł. Raty kredytów hipotecznych z dnia na dzień idą w górę nawet o kilkadziesiąt złotych. To największy spadek wartości złotego od kryzysu z przełomu 2008-2009.