Po kilku minutach sytuacja wróciła do normy, a indeksy zakończyły dzień stratami "tylko" powyżej 3%. Przyczyny tej chwilowej, dramatycznej wyprzedaży bada zarząd giełdy NYSE, komisja papierów wartościowych (SEC) oraz amerykański rząd i Kongres. Giełda Nasdaq, którą też dotknęło nagłe załamanie, już anulowała transakcje z kluczowych kilkunastu minut handlu. Prezes NYSE oświadczył, że gdyby nie reakcja włodarzy parkietu na gwałtowne spadki, załamanie trwałoby dłużej. Dodał, że przecena akcji "nie była efektem normalnego handlu", a zlecenia były realizowane "bez woli inwestorów".
Najprawdopodobniej praprzyczyną bezprecedensowego zamieszania na Wall Street był błąd
maklera oraz to, że handel ma parkiecie od lat rządzą
komputery, a nie ludzie. Makler prawdopodobnie omyłkowo wystawił na sprzedaż po niskiej cenie większy pakiet akcji, niż zamierzał. Zlecenie było na tyle duże, że wpłynęło na obniżenie indeksów, a to z kolei uruchomiło kaskadę zleceń typu stop-loss, czyli automatycznych sprzedaży akcji uaktywnianych w momencie ponadprzeciętnego spadku indeksów.
Im więcej stop-lossów nadchodziło na parkiet, tym bardziej spadały indeksy i do
gry włączały się kolejne, automatyczne zlecenia sprzedaży. Po kilkunastu minutach, gdy zarząd giełdy zorientował się, że to nie jest zwykła panika, zaczął anulowanie niektórych automatycznych zleceń. Oficjalnie śledztwo SEC jeszcze trwa, ale z nieoficjalnych ustaleń agencji Bloomberg wynika, że komisja skłania się do wprowadzenia ograniczeń w handlu akcjami. Chodzi o spowolnienie handlu akcjami w sytuacji, gdy ich ceny będą zmieniać się zbyt szybko.
To chyba ostatni moment na to, by odebrać komputerom władzę nad giełdowym parkietem lub przynajmniej ją ograniczyć. Sytuacja, w której handel akcjami jest tak szybki, iż w sposób absolutnie niekontrolowany przez nikogo komputery mogą w kilka minut dopuścić do załamania cen akcji i wymazać setki miliardów dolarów wartości rynkowej spółek, jest rzeczą nie do pomyślenia.
Aż ciarki przechodzą po plecach na samą myśl co mogłoby się stać, gdyby w czwartek zarząd NYSE nie zareagował na tę spiralę automatycznej sprzedaży akcji. Sytuacja, w której z powodu pojedynczego błędu maklera bezmyślne
maszyny aktywują zlecenia, których "żywi"
maklerzy zapewne nigdy nie wypuściliby na rynek, nie powinna się powtórzyć. "We have a market that responds in milliseconds, but the humans monitoring respond in minutes, and unfortunately billions of dollars of damage can occur in the meantime" (w swobodnym tłumaczeniu oznacza to: "mamy rynek reagujący na zlecenia w ciągu milisekund, a ludzie monitorujący jego działanie potrzebują na reakcję minut. Ta różnica może spowodować biliony dolarów strat") - powiedział dziennikowi "New York Times" prof. James Angel, z McDonough School of Business na Uniwersytecie Georgetown.
"New Yorrk Times" przypomina, że tego rodzaju błędy zdarzały się do tej pory przy handlu akcjami poszczególnych spółek. Gazeta podaje przykład notowanej na rynku Nasdaq spółki Dendreon (branża biotechnologiczna), która podczas jednej z kwietniowych sesji spadła o ponad 50% w ciągu mniej, niż dwóch minut. Handel został zatrzymany, ale zanim człowiek zorientował się, że komputery zwariowały, spadek stał się faktem. Teraz zdarzyło się to samo, tylko w handlu kilkuset spółkami, nie jedną.
Nie wolno bezkrytycznie oddać handlu w macki komputerów, ale przecież to człowiek popełnił błąd jako pierwszy. Takie rzeczy się zdarzają i zdarzać się będą, kłopot w tym, by zapobiec reakcjom łańcuchowym.
