Biznes Ludzie Pieniądze

Leszek Balcerowicz: Europa potrzebuje Adama Smitha

rozmawiał Witold Gadomski
11.05.2010 , aktualizacja: 09.05.2010 23:02
A A A Drukuj
Dziś ogromna większość zachwyca się wszystkim, co się dzieje w Unii, a mniejszość wszystko potępia. A potrzebna jest rzeczowa analiza mechanizmów podejmowania decyzji w Unii, a pod drugie - jakości tych decyzji.
Leszek Balcerowicz
Fot. Kuba Atys / AG
Leszek Balcerowicz
Witold Gadomski: Unia Europejska jest instytucją, która modernizuje Polskę. Bruksela jest miejscem, gdzie powstają biurokratyczne przepisy. Który obraz Unii jest prawdziwy?

Leszek Balcerowicz: To, w jakim stopniu Unia przyczynia się do modernizacji, jest pytaniem empirycznym, a nie ideologicznym. Odpowiedź na nie wymaga stałych badań. Zgadzam się z ogromną większością polskiego społeczeństwa, że dla kraju takiego jak Polska lepiej być w Unii niż poza nią nie tylko z powodów gospodarczych, ale ze względu na bezpieczeństwo. Jesteśmy w Unii i powinniśmy koncentrować się na ciągłym sprawdzaniu, jakie działania UE służą naszemu rozwojowi, a jakie nie. Chodzi o odejście od sytuacji, w której ogromna większość zachwyca się wszystkim, co się dzieje w Unii, a mniejszość wszystko potępia. Potrzebna jest rzeczowa analiza mechanizmów podejmowania decyzji w samej Unii, a pod drugie - jakości tych decyzji. Powstaje fundamentalne, konstytucyjne pytanie - czy respektowana jest zasada pomocniczości, którą przewiduje traktat unijny z Maastricht. Zasada ta głosi, że Unia ma prawo działać tylko w takich przypadkach, gdy dany kraj nie jest w stanie samodzielnie zrealizować postawionego zadania.

Pytanie to dotyczy nie tylko kwestii moralnych, ale też pragmatycznych. Decyzje trzeba podejmować tam, gdzie jest najwięcej informacji. Jeżeli można je podjąć na niższym szczeblu, to nie ma powodu przenosić kompetencji na szczebel wyższy. Tego problemu nie da się zredukować do ideologicznego sporu, czy mają istnieć państwa narodowe, czy nie, gdyż są to kategorie zbyt emocjonalne. Uprawnienia do decyzji powinny być rozłożone, a w Unii Europejskiej zasada pomocniczości jest, niestety, często naruszana.

W jakich obszarach najczęściej?

- Na przykład w dziedzinie polityki socjalnej. Traktaty rzymskie mówią o tym, że ma ona pozostać uprawnieniem państw krajów członkowskich, ale Komisja Europejska, wspomagana przez niektóre kraje, starała się przejąć część kompetencji.

Bo Europa nawet przez poważnych polityków traktowana jest w kategoriach ideologicznych. Mówi się o europejskim stylu życia, o europejskim modelu państwa opiekuńczego.

- W takiej dyskusji jest mnóstwo sloganów, które nie powinny zastępować myślenia. W samej Unii Europejskiej na szczęście wciąż obowiązują różne rozwiązania socjalne. Inaczej jest w Danii, gdzie istnieje elastyczny rynek pracy, inaczej w Hiszpanii, gdzie utrzymuje się podział na uprzywilejowanych, których nie można zwolnić, i "pariasów", których można zwolnić z dnia na dzień. Skoro są różne rozwiązania, to powstaje pytanie - na czym miałby polegać ten jeden wspólny europejski model. Samo słówko "społeczny" nie wystarcza na uzasadnienie jego tworzenia. Jeżeli to słowo mamy traktować poważnie, to model, do którego powinna dążyć Europa, powinien zagwarantować jak najmniej trwałego bezrobocia i jak najwięcej pracy dla ludzi, którzy mogą pracować. Jeżeli tak postawimy problem, to z grubsza wiadomo, jak taki model skonstruować. Powinien istnieć elastyczny rynek pracy, nie za duża ochrona przez zwolnieniami, by przedsiębiorstwa chciały zatrudniać. Najlepiej, żeby nie było płacy minimalnej lub przynajmniej by nie była zbyt wysoka, gdyż wówczas część najniżej kwalifikowanych pracowników nie znajduje pracy. I oczywiście jak najmniejsze obciążenia podatkowe i regulacyjne, które mogłyby zniechęcać pracodawców do tworzenia miejsc pracy. Niepoważne jest natomiast używanie pojęcia "europejski model socjalny" bez określenia, czym ma być i jak go stworzyć. Pod hasłami socjalnymi niektóre kraje bogatsze uprawiają socjalny protekcjonizm skierowany przeciw innym krajom UE.

Dyrektywa usługowa, która była bardzo ważna dla Unii Europejskiej, gdyż rozszerzała wolny rynek na usługi niefinansowe, została rozwodniona w Parlamencie Europejskim pod hasłami socjalnymi. Spod regulacji dyrektywy wyjęto takie obszary jak usługi zdrowotne, socjalne, transportowe, portowe, audiowizualne, interesu ogólnego itd. Zastanawiam się, jak się w tej kwestii zachowywały polskie związki zawodowe i czy generalnie wspierają socjalny protekcjonizm niektórych bogatych krajów UE, czy też mu się przeciwstawiają.

Jaki jest mechanizm przejmowania przez struktury europejskie kompetencji rządów?

- To trzeba uważnie badać. Jestem członkiem Rady Centrum Polityki Europejskiej (CPE), niemieckiego think tanku, któremu przewodniczy były prezydent Niemiec i były prezes Trybunału Konstytucyjnego Roman Herzog. W dyskusjach na forum tej organizacji dowiaduję się, jak silny jest ten dryf - przechodzenia kompetencji na szczebel unijny. Czasami wygląda to tak: jakiś minister chce zaostrzyć regulacje i nie ma na to zgody u siebie w kraju. Umawia się więc z kolegami z Unii i stara się spowodować, by regulacja pojawiła się jako prawo unijne, obowiązujące we wszystkich krajach. Trzeba więc wzmocnić mechanizmy wczesnego ostrzegania, analizować projekty aktów prawnych, które mogą stać się przepisami europejskimi. Takim monitoringiem zajmuje się, współpracując z CPE, fundacja Forum Obywatelskiego Rozwoju, którego radzie przewodniczę. Chodzi o to, by prawo pochodzące z Unii nie przeszkadzało nam w rozwoju, a przeciwnie, rozwój ten przyspieszało. Dyskusję o Unii należy skoncentrować na tym problemie, na identyfikacji przepisów korzystnych i szkodliwych dla rozwoju krajów członkowskich, zanim będą one uchwalone.

Z drugiej strony wiele pomysłów liberalizujących rynek wychodzi z Brukseli i napotyka na przeszkody krajów. Komisja Europejska naciska na przykład na liberalizację rynku energii i gazu, a rządy bronią swych krajowych monopolistów.

- Oczywiście, że są i takie przypadki. Z pewnością nie można twierdzić, że ośrodkiem całego zła jest Komisja Europejska. Obraz jest mieszany. Wiele zależy od osoby komisarza. Na przykład komisarz ds. zatrudnienia, spraw społecznych i równości szans Vladim~r Špidla próbował narzucić w całej Unii projekt prawa pracy wbrew traktatom. Na szczęście został zablokowany. Teraz Komisja Europejska proponuje rygorystyczne regulacje odnośnie funduszy hedgingowych (fundusze wysokiego ryzyka), mimo że nie były one sprawcami kryzysu finansowego, a raczej ofiarami. W wypowiedziach niektórych polityków unijnych padają oskarżenia przeciwko "spekulantom", zupełnie jak w głębokim socjalizmie, gdy winę za wszystkie problemy gospodarcze zrzucano na spekulantów. Trzeba jednak przypomnieć, że to komisarz Bolkenstein zaproponował głęboką liberalizację usług, która zostala rozwodniona w Parlamencie Europejskim.

Joseph Stiglitz obarcza "spekulantów" winą za kryzys grecki. Pisze, że najpierw dostali od państwa pomoc, a następnie wykorzystali ją do spekulowania na greckim długu.

- Jest dwóch Stiglitzów. Jeden to wybitny matematyczny ekonomista, który za wkład w teorię ekonomii zasłużenie dostał Nagrodę Nobla, i drugi - publicysta, którego twierdzenia nie bardzo różnią się od tez Leppera i nie są związane z jego wkładem do teorii ekonomii. Jest on bardziej szkodliwy, gdyż jego poglądy są brane na poważnie, ze względu na Nagrodę Nobla.

Czy kłopoty Grecji nie pokazują niespójności Europy? Grecki kryzys wynika z nieprzestrzegania przez ten kraj zasad fiskalnych i tolerowania tego przez Komisję Europejską i kraje strefy euro.

- Euro jest do tej pory wielkim sukcesem. Przypominam sobie hiobowe ostrzeżenia, że będzie słabą walutą i cały projekt padnie. Wiadomo było jednak, że dla utrzymania spójności strefy euro potrzebna jest minimalna dyscyplina fiskalna poszczególnych krajów członkowskich. Kryteria z Maastricht mówiły, że dług publiczny nie może być większy niż 60 proc. PKB, a deficyt nie większy niż 3 proc. PKB i ma zmierzać do zera. Na samym początku popełniono grzech pierworodny, gdyż do strefy euro wpuszczono Włochy, Belgię i Grecję, mimo że wyraźnie nie spełniały kryteriów. Przeforsowały to Niemcy i Francja, które podejmowały najważniejsze decyzje. Następnie przyjęto pakt stabilizacji i rozwoju z ograniczeniami fiskalnymi, ale został złamany przez Niemcy i Francję. Co gorsza, pod naciskiem tych dwóch krajów został on zmodyfikowany, co oznaczało, że reguły przestały być traktowane poważnie.

Ten efekt demonstracji odbił się na innych krajach, choć w różnym stopniu. Tam, gdzie słabsze były mechanizmy dyscypliny wewnętrznej, naciąganie paktu było traktowane jako sygnał, że wszystko przejdzie. Kryzys globalny odsłonił wcześniejsze słabości. Grecja została w małym stopniu dotknięta recesją, ale jej problemy są spowodowane przez skrajnie nieodpowiedzialną politykę fiskalną, takie greckie "pobudzanie" gospodarki, którego w Polsce ciągle się domagają niektórzy politycy.

Pojawiają się głosy, że grecki kryzys dowodzi fiaska wspólnej waluty i albo kraje mające euro przyspieszą integrację polityczną, albo strefa euro się rozpadnie.

- W dyskusjach o strefie euro często używa się fałszywego modelu pojedynczego państwa i wyciąga się wniosek, że unia monetarna bez tego typu unii politycznej jest skazana na niepowodzenie. Tymczasem unia walutowa może istnieć w grupie państw, ale wymaga dyscypliny. Tak jak prowincje w państwie nie mogą się dowolnie zadłużać, tak i kraje należące do strefy euro zobowiązały się utrzymywać swe finanse w równowadze. Tyle że te zobowiązania zostały złamane. Trzeba zatem wzmacniać w unii walutowej to, co od samego początku było potrzebne - dyscyplinę budżetową. To opłaci się każdemu krajowi. Trzeba też uznać - ja to uznaję bez żalu - że w dającej się przewidzieć przyszłości Unia Europejska nie będzie zbudowana jak pojedyncze państwo. Nie będzie miała jednego, dużego, wspólnego budżetu. Nie dopuszczą do tego kraje bogate, które chciałyby jak najmniejszego wspólnego budżetu, gdyż nie ma w społeczeństwach UE wystarczająco silnego poczucia europejskiej tożsamości. I tego nie da się sztucznie wyprodukować, można natomiast dużo popsuć. Spójrzmy na przykład Włoch, gdzie od lat były ogromne transfery z północy na południe, częściowo przechwytywane przez szarą strefę. Doprowadziło to do tego, że na północy Włoch powstała partia dążąca do oderwania się od reszty kraju, by nie finansować biedniejszego południa. Zamiast się użalać nad tym, że nie da się zrealizować utopii, spróbujmy prowadzić w UE taką politykę, która będzie umożliwiać rozwój, zwłaszcza biedniejszych krajów członkowskich.

Kryzys ujawnił inny problem związany z euro - wspólna waluta usztywnia gospodarkę. Niemożliwa jest szybka poprawa konkurencyjności poprzez deprecjację waluty.

- Jeżeli nie możemy operować deprecjacją, to musimy mieć silniejsze mechanizmy zapobiegania wielkim deficytom. Ponadto, zakładając, że wstrząsy mimo wszystko będą się zdarzać, nie da się ich kompensować zasiłkami z zewnątrz, musimy mieć bardziej giętkie dostosowania gospodarki. Paradoksalnie - wspólna waluta wymusza na Europie model "anglosaski", czyli wolnorynkowy . Muszą być giętkie ceny i rynki pracy, by wstrząsy nie powodowały wybuchów wysokiego bezrobocia, które szybko się utrwala przez złą politykę socjalną. Widzimy to teraz w Hiszpanii. To, czego potrzebuje strefa euro i cała UE, to jak najwięcej klasycznej ekonomii, nie Keynesa, ale Adama Smitha.

Czy Europa powinna w takiej sytuacji pomagać Grecji?

- Znaleźliśmy się w sytuacji, w której nie ma dobrego rozwiązania. Nie podzielam powszechnej w polskiej i światowej prasie krytyki Niemiec za to, że ociągały się z wyasygnowaniem pieniędzy dla Greków. Grecy przechodzą przeciętnie na emeryturę w wieku 57 lat, a w Niemczech podniesiono wiek emerytalny do 67 lat. Trudno się dziwić niechęci Niemców do wspierania własnymi pieniędzmi rozpasanej polityki socjalnej kraju, który znalazł się z własnej winy w kłopotach.

Jakie wnioski powinna wyciągnąć Europa z greckiego kryzysu?

- Powinny zostać znacznie wzmocnione instytucjonalne i społeczne mechanizmy dyscypliny fiskalnej. Poza tym należy wzmocnić zewnętrzne mechanizmy nadzoru nad finansami krajów UE i zaostrzyć sankcje za łamanie reguł. To jest w interesie każdego kraju. Najgorsze dla ludzi są bezkarne rządy. Mam nadzieję, że Polska będzie w Unii Europejskiej popierać zdecydowane zaostrzenie unijnego nadzoru i sankcji za przekroczenie reguł dyscypliny budżetowej.

Jak jest na tle Europy postrzegana stabilność Polski?

- Robi wrażenie to, że Polska jako jedyny kraj Europy uniknęła recesji, ale nie można na tym budować strategii na dalszą przyszłość. Zmarnowaliśmy bardzo dobry okres 2005-07, gdy można było stosunkowo łatwo reformować finanse publiczne. Przez ostatnie dwa lata trwał paraliż decyzyjny wywołany wetem prezydenta. Problemy narastały, choć nie przybrały katastrofalnego rozmiaru. Jeżeli jednak na szczytach państwa utrzyma się paraliż, który utrudni podejmowanie niezbędnych działań, Polska będzie postrzegana jako kraj o rosnącym ryzyku politycznym. Bardziej uważni analitycy już się wpatrują w sondaże wyborcze i zastanawiają, czy po wyborach będziemy mieli scenariusz politycznego paraliżu i wrogości na szczytach państwa, czy scenariusz, który stworzy szansę, choć nie gwarancję na działania, które oddalą od Polski ryzyko kryzysu.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    140 głosów