Posiadacze
kredytów walutowych nie mogą narzekać na brak wrażeń. Tym razem grecki kryzys przypomniał o nieprzewidywalnym ryzyku, który znajduje się na wyposażeniu każdego kredytu zaciągniętego w obcej walucie. Chodzi oczywiście o ryzyko kursowe. Majowe osłabienie złotego skalą nie przypomina tego sprzed roku, kiedy to kurs euro niebezpiecznie zbliżał się do granicy 5 zł. Od początku maja euro zdrożało "zaledwie" o około 30 groszy sięgając w piątek poziomu 4,2 zł. W każdym razie niepokojąca powinna być szybkość z jaką w ostatnich dniach nasza waluta traciła na wartości.
Od rana giełdy, euro, ale też i
złoty odrabiają straty, bo w nocy Komisja Europejska i Międzynarodowy Fundusz Walutowe postanowiły stworzyć specjalny fundusz na ratowanie europejskiej waluty. Kurs euro spadł dzisiaj poniżej 4 zł, ale huśtawka emocji na rynkach trwa. Trudno powiedzieć czy to tylko chwilowe odreagowanie, czy trwały trend. I nie ma znaczenia, że polska gospodarka nie jest bezpośrednio uwikłana w źródło dzisiejszego kryzysu, a więc nadmierne zadłużenie niektórych krajów strefy euro. Inwestorzy w panice uciekają z całego regionu.
Polska na taki odpływ kapitału jest szczególnie wrażliwa, bo w Europie Środkowej jest najbardziej płynnym rynkiem.
Dlatego grecki kryzys pośrednio uderza w polskich kredytobiorców, bo osłabienie złotego powoduje wzrost rat kredytów walutowych. Rata kredytu wyrażona jest bowiem w walucie a spłacana w złotych po kursie z dnia spłaty. Załóżmy, że mamy kredyt w euro, którego rata wynosi 300 euro. Miesiąc temu spłacaliśmy ratę po kursie 3,85 zł, a więc wyniosła ona 1155 zł. Gdyby płatność majowej raty przypadła w ubiegły piątek, kiedy euro kosztowało 4,2 zł, na ratę musielibyśmy przeznaczyć już 1260 zł, a więc już o ponad 100 zł więcej niż przed miesiącem.
Turbulencje na rynkach sprawiły, że płacimy więcej nie tylko za euro, ale również za franka szwajcarskiego, czyli do niedawna najbardziej popularną walutę wśród polskich kredytobiorców. Od początku maja frank zdrożał o ok. 25 groszy, ale dzisiaj tanieje i trzeba za niego zapłacić ok. 2,8 zł. Czy posiadacze frankowych kredytów hipotecznych mogą spać spokojnie? Sprawdziliśmy to na przykładzie kredytu zaciągniętego w tej walucie w czerwcu 2007 r. (300 tys. zł, 30 lat, raty równe, marża 1,6 pkt. proc.), a więc w okresie boomu na rynku
nieruchomości. Wówczas złoty był rekordowo mocny. Kredyt wypłacony byłby po średnim kursie 2,3 zł. LIBOR dla franka, a więc obok marży drugi składnik oprocentowania kredytu, wynosił wtedy 2,5 proc.
Pierwsza rata tego kredytu wyniosłaby ok. 1557 zł. W lutym 2009 r., kiedy mieliśmy do czynienia z atakiem spekulacyjnym na złotego, kurs franka sięgnął rekordowego poziomu 3,1 zł. Co ciekawe, mimo wzrostu kursu spłaty o 80 groszy, rata naszego modelowego kredytu wzrosła tylko o 63 zł. Wielką niespodziankę polskim kredytobiorcom sprawił wówczas
bank centralny Szwajcarii, który chcąc pobudzić rodzimą gospodarkę, obniżył stopy procentowe. Stawka LIBOR spadła do poziomu ok. 0,5 proc. Wysoki kurs franka został skutecznie zamortyzowany przez niższe oprocentowanie kredytów frankowych.
W następnych miesiącach kredytobiorcy mieli powody do zadowolenia, bo stopy procentowe nadal spadały, a złoty zaczął się stopniowo umacniać. W kwietniu 2010 r. za franka płacono średnio 2,7 zł. Rata naszego kredytu wyniosłaby wtedy już tylko 1361 zł. Gdyby spłata raty przypadła w piątek 7 maja, kiedy frank był po 2,9 zł, rata wyniosłaby 1460 zł, a więc i tak bylibyśmy na plusie.
Co by się stało, gdyby sprawdził się czarny scenariusz, którego oczywiście nie można wykluczyć? Jak policzyli eksperci firmy Open Finance, gdyby kurs franka wzrósł do 3,5 zł, rata wyniosłaby 1762 zł, czyli o 300 zł więcej niż przy kursie 2,9 zł.
Eksperci odradzają jednak panikę. - Osłabienie złotego z 2009 r. o znacznie większej skali nie spowodowało istotnego pogorszenia się w bankach jakości portfela kredytów hipotecznych. Nadal jest to jedna z najlepiej spłacanych grup kredytów. Nie sądzę, by teraz miało być inaczej, tym bardziej, że na skutek kryzysu stopy procentowe na świecie pozostaną niskie przez dłuższy czas. Dzisiejsze problemy niektórych krajów Eurolandu ciągną kurs euro względem dolara w dół, co odbija się też na osłabieniu złotego, choć nie ma to wyraźnego fundamentalnego uzasadnienia. Postrzegamy dzisiejsze turbulencje jako krótkoterminowe - mówi Maciej Reluga, główny ekonomista Banku Zachodniego WBK.
Dzisiaj, jeżeli już decydujemy się zadłużyć w walutach, wybieramy euro a nie franka. Ale czy turbulencje ostatnich dni nie zniechęcą nas i do tej waluty? - Nie widzę żadnych powodów, dla których kredyty w euro miałby zacząć tracić na popularności. Złoty dzisiaj się osłabia, ale jest to sytuacja przejściowa. Opłacalność zadłużenia się w euro warto ocenić na spokojnie, analizując wszystkie aspekty w dłuższej perspektywie. Prędzej czy później Polska wejdzie do strefy euro, przez co całkowicie zniknie ryzyko kursowe. Warto też pamiętać, że kredyty w euro cieszą się popularnością przede wszystkim dzięki niskim stawkom bazowym, a co za tym idzie korzystnemu oprocentowaniu i relatywnie niższym miesięcznym ratom - przekonuje Maciej Molewski, dyrektor departamentu bankowości hipotecznej Deutsche Banku PBC.
