To było najbardziej gwałtowne załamanie cen w historii Wall Street. W połowie czwartkowej sesji indeksy znienacka osunęły się w dół o 9 proc., zaś ceny niektórych akcji spadły w jednej chwili o 60-90 proc. Wartość spółek notowanych na Wall Street w ciągu kilku minut spadła o bilion dolarów! Gdyby tak zakończyła się sesja, byłby to największy jednosesyjny spadek od 1987 r. Na szczęście indeksy błyskawicznie odbiły się od dna i odrobiły większą część strat.
Przyczyny tej chwilowej, dramatycznej wyprzedaży bada zarząd giełdy NYSE, komisja papierów wartościowych (SEC) oraz amerykański rząd i Kongres. Giełda Nasdaq, którą też dotknęło nagłe załamanie, już anulowała transakcje z kluczowych kilkunastu minut. Prezes NYSE oświadczył, że gdyby nie reakcja rady dyrektorów na gwałtowne spadki, załamanie trwałoby dłużej. Dodał, że przecena akcji nie była efektem normalnego handlu, lecz zlecenia były realizowane "bez woli inwestorów".
Czytaj też:
To się nie może powtórzyć: komputery przejęły władzę nad giełdą Czy pierwotną przyczyną bezprecedensowego zamieszania był błąd maklera, który omyłkowo wystawił na sprzedaż po niskiej cenie miliard zamiast miliona akcji spółki? Takie zlecenie mogłoby wpłynąć na obniżenie indeksów, a to z kolei uruchomiłoby kaskadę zleceń typu stop-loss, czyli automatycznych sprzedaży akcji uaktywnianych w momencie ponadprzeciętnego spadku indeksów. Im więcej stop-lossów nadchodziłoby na parkiet, tym bardziej spadałyby indeksy i do gry włączałyby się kolejne automatyczne zlecenia sprzedaży.
To dość prawdopodobny wariant, ale do tej pory żadne biuro maklerskie nie potwierdziło błędu maklera - pierwotnie podejrzenie padło na maklera Citigroup, ale bank zdementował te informacje. Poza tym rynkach papierów wartościowych działają systemy, które w sytuacji drastycznych zmian cen zatrzymują zawieranie transakcji.
Tomasz Symonowicz pisze w
blogu na stronie www.blogi.bossa.pl, że w sytuacji zatrzymania handlu na parkietach, które miały systemy zabezpieczające, "automatycznie nastąpiło przekierowanie napływających zleceń na inne, mniej płynne giełdy (w tym elektroniczne giełdy, tzw. ECN-y)".
Po kilkunastu minutach, gdy zarządy giełd zorientowały się, co się dzieje, podjęły działania, by zakończyć fatalne zapętlenie. Nie wiemy dokładnie, jakie to były działania. Dość powiedzieć, że po kolejnych kilku minutach większość akcji odrobiła przeważającą część strat.
Oficjalnie śledztwo SEC jeszcze trwa, ale z nieoficjalnych ustaleń agencji Bloomberg wynika, że komisja skłania się do wprowadzenia ograniczeń w handlu akcjami. Chodzi o spowolnienie handlu akcjami w sytuacji, gdy ich ceny będą zmieniać się zbyt szybko. Wtedy giełdy będą miały więcej czasu na reakcję, by nie dopuścić do takiego spadku jak czwartkowy. John Nester, rzecznik SEC, odmówił Bloombergowi skomentowania tych rewelacji.
Czytaj też o firmach oferujących bajońskie zyski z inwestycji na rynku terminowym:
W Gostyninie na foreksie zarobisz 38%. I jeszcze oddadzą ci za paliwo! Maklerzy natomiast wspominają czwartkowe zamieszanie jako jedno z najtrudniejszych doświadczeń w życiu. Cytowany przez
dziennik "New York Times" makler Dermott Clancy, który od 24 lat pracuje na NYSE, relacjonował gazecie, że zaraz kiedy rynek zaczął spadać, on zaczął odbierać non stop telefony od inwestorów. - Dzwonili i pytali: czy o czymś nie wiem? Kto wycenia akcje po takich cenach? Ma pan jakieś wiadomości z rynku?