Aferą nie była sama
prywatyzacja, lecz to, co się działo po niej. Przez lata politycy różnych opcji - od prawicy do lewicy - starali się zatrzymać proces przekształceń w PZU, unieważnić transakcję, zmusić inwestorów do odsprzedaży akcji. A przy okazji rozsiewali plotki o przestępstwach popełnianych przy
prywatyzacji i rzucali bezpodstawne oskarżenia na ludzi, którzy PZU sprzedali. W 2005 r. działała w Sejmie komisja śledcza ds. PZU, która sporządziła kuriozalny raport, w którym domagała się od ministra skarbu, aby podjął działania zmierzające do unieważnienia umowy prywatyzacyjnej!
Raport był przyjęty jednogłośnie przez członków komisji i dziś warto przypomnieć jej skład. Za wnioskiem głosowali między innymi: Jan Bury, dzisiejszy wiceminister skarbu państwa, Cezary Grabarczyk, dzisiejszy minister infrastruktury, posłowie SLD: Ryszard Tomczyk i Ryszard Zbrzyzny, Przemysław Gosiewski z PiS, Janusz Dobrosz z LPR, Marek Pol - były wicepremier i polityk Unii Pracy.
"Afera" wywołana przez polityków opóźniła ostateczną
prywatyzację spółki i naraziła reputację Polski, która przegrała z Eureko proces przed Międzynarodowym Trybunałem Arbitrażowym. Umowa, jaką zawarł z inwestorem PZU minister skarbu państwa jesienią ubiegłego roku, kończąca spór z inwestorem, była kompromisem kosztownym, ale koniecznym, a udany debiut giełdowy potwierdził, że rynek uważa "aferę" za zakończoną.
Ale pamięć o dziesięciu latach awantur, pomówień i absurdalnych opinii o PZU wygłaszanych przez polityków i rzekomych ekspertów psuje nastrój. To było niepotrzebne. Rynkowym sukcesem PZU mogliśmy się cieszyć znacznie wcześniej.