Wczoraj kurs euro względem dolara pikował i pokonywał kolejne psychologiczne bariery. Był niższy od poziomów z okresu paniki wywołanej obawami o bankructwo Grecji, Hiszpanii i Portugalii. Euro wyceniano na mniej niż 1,24 dolara - najmniej od półtora roku.
Czerwień królowała też na europejskich parkietach. Indeks francuskiej giełdy CAC40 pod koniec sesji tracił 4,6 proc. We Frankfurcie i Londynie spadki przekraczały 2 proc. Tylko nieco lepiej było w
Warszawie, gdzie indeks największych spółek giełdowych WIG20 zniżkował o 1,8 proc.
W ostatni poniedziałek, gdy Komisja Europejska i Międzynarodowy Fundusz Walutowy ogłosiły, że dla ratowania gospodarek strefy euro są gotowe wyłożyć niemal bilion dolarów, na finansowych rynkach zapanowała euforia. Po pięciu dniach nastroje są już minorowe.
- Inwestorzy wątpią, że po tym, jak przez dłuższy czas Unii nie udawało się uzgodnić pakietu pomocowego dla Grecji wielkości ponad 100 mld dolarów, dziś będzie w stanie wyłożyć na stół bilion dolarów. To na razie tylko obietnice - mówi Janusz Dancewicz, ekonomista DZ Banku.
- Tak samo jak obietnicami są reformy w Grecji, Hiszpanii i Portugalii. Żadnych projektów ustaw jeszcze nie ma, a mieszkańcy tych krajów zapowiadają strajki - dodaje Jarosław Janecki, główny ekonomista Societe Generale. - Reformy strukturalne wymagają czasu, ale rynki już nie chcą spokojnie czekać na ich efekty.
Inwestorzy nawet dobre informacje postrzegają w czarnych barwach. Nawet jak pogrążone w kłopotach państwa wprowadzą zapowiadane cięcia wydatków i podwyżki podatków, to przecież ucierpi na tym ich wzrost gospodarczy. Osłabić to może również gospodarki największych państw Eurolandu, bo to one biorą na siebie ciężar pomocy. Żeby ratować niefrasobliwych i żyjących ponad stan południowych sąsiadów, będą się zadłużać.
Inwestorzy handlujący walutą i papierami wartościowymi zaczynają kalkulować: skoro wzrost gospodarczy nie zapowiada się najlepiej, to
Europejski Bank Centralny prawdopodobnie nie podniesie przez dłuższy czas stóp procentowych, co zwiększyłoby atrakcyjność lokowania kapitału w euro. - Co innego zarząd Rezerwy Federalnej. Tam wzrost gospodarczy wydaje się mieć solidne podstawy, nastroje konsumentów się poprawiają. Podwyżki stóp mogą nastąpić szybciej niż w Europie - wyjaśnia Dancewicz.
To wszystko powoduje, że kapitał szuka bezpieczniejszej przystani. Jest nią nie tylko dolar, ale także i
złoto. W piątek cena tego kruszcu otarła się o 1250 dolarów za uncję, osiągając nowy historyczny rekord.
Tracą za to na atrakcyjności inwestycje bardziej ryzykowne, w tym inwestycje w naszą walutę, choć gospodarka polska jest w dobrej kondycji. - Jesteśmy zakładnikami globalnych powiązań - mówią analitycy. Inwestorzy wycofują kapitał z Polski, bo to miejsce, gdzie osiągnęli wcześniej zyski i mogą je zrealizować. A poza tym rynek jest stosunkowo głęboki i płynny, więc łatwiej się z niego wycofać.
Podczas piątkowych notowań
złoty słabł zarówno względem dolara, jak i euro. W ciągu dnia płacono za te waluty nawet odpowiednio 4,03 zł i 3,25 zł. - W najbliższym czasie nasi przedsiębiorcy i zadłużeni w dewizach muszą liczyć się z bardzo dużą zmiennością kursu walutowego. Na dłuższą metę spodziewałbym się jednak umocnienia złotego - mówi Piotr Kalisz, główny ekonomista Citi Handlowego. Jarosław Janecki oczekuje, że na koniec tego roku euro będzie kosztowało 3,70 zł, a na koniec 2011 roku - 3,60 zł. - Będzie temu sprzyjać m.in. intensywna
prywatyzacja i napływ środków unijnych - wyjaśnia ekonomista Societe Generale.