Adam Leszczyński*: W Europie kryzys i ogromne deficyty budżetowe, a Unia wydaje kilkadziesiąt miliardów euro rocznie na pomoc rozwojową dla krajów całego świata. Co ma z tego europejski podatnik? Andris Piebalgs*: W 2009 roku Unia wydała na pomoc rozwojową 49 mld euro, czyli niecałe 0,5 proc.
PKB. W ten sposób Europejczycy kupują bezpieczeństwo. Bo albo się pomaga, albo wysyła wojska. Gdybyśmy nie łożyli tyle na walkę z biedą, na świecie byłoby znacznie więcej miejsc, które wymagałyby militarnej interwencji. Znacznie droższej i trudniejszej niż obecnie. Proszę spojrzeć na kraje, których nijak nie wsparliśmy: Somalię czy Jemen. Są bardzo biedne, a tam, gdzie jest bieda, pojawiają się ekstremiści. Somalijscy piraci już stali się plagą, a walka z nimi kosztuje. A przecież gdyby tamtejsi rybacy mieli przyzwoite źródła dochodu i stabilne, działające państwo, nie byłoby problemu.
Europejczycy na pomocy rozwojowej zarabiają. Nie chodzi tu tylko o wyciąganie innych krajów z biedy, ale unikanie kosztów wojen i kryzysów humanitarnych.
Pomoc rozwojowa to nie jałmużna. To inwestycja. Bez niej mamy gorszy klimat dla wzrostu gospodarczego na świecie.
Może jednak lepiej byłoby wydawać te 49 mld euro w Europie? - W czasie kryzysu tnie się wydatki, ale nie inwestycje. W czasie kryzysu przed wojną moi dziadkowie oszczędzali na wszystkim, tylko nie na edukację swoich
dzieci, ale moich rodziców. Bo to była inwestycja.
Czy te pieniądze są dobrze wydawane? A może część przejada biurokracja? W biednych krajach często widać pracowników organizacji niosących pomoc, którzy żyją wygodnie i jeżdżą drogimi samochodami. - Odpieram ten zarzut. Może są jakieś organizacje pozarządowe, które przejadają pieniądze. Ale większość ludzi pracujących w terenie prowadzi życie proste, skromne, bez luksusów. Prawda, że koszty administracyjne udzielania pomocy są wysokie. Niestety, ochrona funduszy pomocowych przed korupcją kosztuje. Podobnie jak kontrola na etapie projektu - czy warto w niego zainwestować - i po jego zakończeniu - czy pieniądze wydano zgodnie z celem.
Próbujemy zmniejszać koszty na dwa sposoby. Pracujemy z krajami, które dostają pieniądze, by lepiej zarządzały swoimi budżetami. I żeby można było więcej pieniędzy przekazywać do nich bezpośrednio.
Koncentrujemy się też na większych projektach - przy których kontrola jest relatywnie tańsza.
Od niedawna wydajemy pieniądze na pomoc rozwojową. Ta zaś zdaniem np. ministra Sikorskiego powinna być podporządkowana celom politycznym Polski: czyli powinniśmy kierować ją nie np. do Afryki, ale Ukrainy czy Gruzji. Co myśli o tym komisja? -
Polska jest jednym z większych członków wspólnoty i min. Sikorski z pewnością ma spory wpływ na to, gdzie pomoc unijna jest kierowana.
Jasne, że można wydawać pieniądze na kraje bliższe polskiemu sercu czy interesom. Nic w tym złego, dopóki pracujemy nad tym razem jako Unia. Bo wasze projekty prowadzone osobno będą i droższe, i mniej efektywne. Polska powinna grać bardziej aktywną rolę w formułowaniu strategii pomocowej dla całej Unii. Działanie osobno nie ma sensu.
Ile pieniędzy powinniśmy wydawać na pomoc? - Dziś Polska nie wydaje ich wcale. Programy w Afganistanie za 4-5 mln euro to drobiazgi, to nic. Polska jest dużym krajem i powinna zwiększyć wydatki na pomoc rozwojową - w dłuższej perspektywie do poziomu setek milionów euro.
To byłoby przyzwoite - skoro
Niemcy wydają miliardy euro, Polska może wydawać setki milionów. Dziś z krajów starej Unii płynie 48 z 49 mld unijnej pomocy. Z krajów nowej Unii - tylko 1 mld. Moim zdaniem to niepoważne.
Zwłaszcza że nowa Unia wydaje dużo pieniędzy na operacje wojskowe. Kiedy żołnierze umierają - to tragedia. Wzmocnienie pomocy rozwojowej pozwoli jej uniknąć.
*Andris Piebalgs (ur. 1957) - łotewski polityk i dyplomata, komisarz UE ds. pomocy rozwojowej. W latach 90. minister finansów i wicepremier rządu Łotwy, w latach 2004-09 komisarz UE ds. energii.