To mogła być jedna z największych operacji szpiegowania w historii, której dopuściła się prywatna korporacja - grzmi Marc Rotenberg z amerykańskiej organizacji Electronic Privacy Information Center walczącej o prawa do prywatności.
Rozeźlonego Rotenberga cytuje wtorkowy "Financial Times", dodając, że
Google łatwo się z ostatniej wpadki nie wywinie. Śledztwo w sprawie gromadzenia danych chce wszcząć niemiecki komisarz ds. ochrony danych osobowych. Zażądał od koncernu szczegółowych wyjaśnień - Google ma je dostarczyć do 26 maja. Potem ma podjąć decyzję, co dalej. Podobny krok - po skargach organizacji konsumenckich - rozważa amerykańska Federalna Komisja Handlu oraz czeski inspektor ds. danych.
- Jesteśmy zszokowani i głęboko zaniepokojeni - to z kolei reakcja regulatora z Kanady. Tamtejszy urząd chce ewentualne dalsze kroki przedyskutować z kolegami z dziewięciu innych krajów.
O co cała awantura? O zdjęcia.
W 2006 r. Google wysłał na ulice kilku amerykańskich miast samochody z osadzonymi na dachach obiektywami. Potem stopniowo auta rozsyłał po całym świecie. Po co? By ze zdjęć stworzyć Street View - aplikację, która w internecie pozwala na oglądanie panoramicznego widoku np. wybranej ulicy, hotelu czy placu.
Street View od początku budził kontrowersje - na zdjęciach można było rozpoznać twarze czy tablice rejestracyjne aut. Przeciwko pogwałceniu prywatności protestowano od
USA po Japonię. Google zaczął więc rozmywać twarze na zdjęciach. Ale niespodziewanie zaliczył kolejną wpadkę.
Gdy w kwietniu niemiecki inspektor ds. danych osobowych poprosił -Google'a o podanie wszystkich danych, jakie koncern zbiera, okazało się, że samochody... podsłuchiwały dane przesyłane w bezprzewodowych sieciach internetowych. Robiąc zdjęcia, auta Google'a za jednym zamachem rejestrowały: nazwę sieci
Wi-Fi, jej lokalizację, adresy urządzeń (np. routera czy laptopa). Dzięki tym danym koncern mógł ustalić, gdzie użytkownicy korzystają z jego map w telefonach.
Ale nawet Google był zaskoczony, gdy okazało się, że auta przechwytywały praktycznie wszystkie dane przesyłane przez użytkownika, o ile ten nie zabezpieczył sieci hasłem. Według ekspertów Google mógł ściągać w ten sposób adresy stron odwiedzanych przez użytkownika, a nawet treść e-maili.
- To było wysysanie danych z sieci Wi-Fi na niespotykaną wcześniej skalę - mówi Rotenberg.
Koncern się kaja. "Zawiedliśmy zaufanie użytkowników" - pisze w
blogu Alan Eustace, wiceprezes koncernu odpowiedzialny na dział programistyczny. Przekonuje, że Google dane zbierał... przypadkiem. W 2006 r. jeden z
programistów napisał ponoć fragment kodu do eks-perymentalnego projektu związanego z Wi-Fi. Rok później ten fragment trafił do programu używanego przez auta Street View. I ponoć nikt nie zdawał sobie sprawy, ile i jakie dane są zbierane. Eustace tłumaczy, że samochody były w ruchu, więc zgromadzono raczej "próbki danych" niż jakieś szczególne wrażliwe treści.
Eric Schmidt, szef Google'a podkreślał, że nikt inny nie ma tak nakierowanej na prywatność polityki, jak koncern. I marginalizował aferę ze Street View. - Jako społeczeństwo nie doszliśmy jeszcze do tego, co chcemy zrobić z całą nową technologią i co jest właściwe - mówił. A Larry Page, współzałożyciel koncernu dopowiadał, że regulatorzy powinni się skupiać na szkodach faktycznie wyrządzonych, niż tych potencjalnych (koncern podkreśla, że w żaden sposób z danych nie korzystał)
Nie wszyscy wierzą Google'owi.
"Nigdy wcześniej nie czytałem tak naciąganych tłumaczeń. Ktoś zrobił kod, inni nie wiedzieli, że on działa, a zbieranych danych nikt nie przeglądał. Albo w Google'u panuje niesamowity bałagan, albo ktoś chce z nas zrobić naiwniaków" - pisze Grzegorz Marczak, autor blogu Antyweb.pl o internecie i technologiach.
Google stara się działać szybko. Po kolei kontaktuje się z inspektorami we wszystkich krajach, gdzie zbierał dane internautów. I proponuje skasowanie zbieranych bezprawnie danych - przy udziale niezależnego audytora pozbył się w taki sposób danych z Irlandii. Podobnie chce postąpić brytyjski -inspektor.
Sergey Brin, drugi obok Larry'ego Page'a założyciel Google'a przyznał już, że jego firma popełniła błąd. - Pozwólcie mi tylko powiedzieć, że spieprzyliśmy. Nie zamierzam się usprawiedliwiać - powiedział Brin.
W Polsce koncern też gromadził dane od internautów, robiąc zdjęcia do Street View. - Latem zeszłego roku takie same samochody jeździły po ulicach Warszawy i Krakowa - potwierdza Marta Jóźwiak, rzecznik polskiego oddziału Google'a. Firma już skontaktowała się z Generalnym Inspektoratem Ochrony Danych Osobowych. Decyzji, co zrobić z danymi - jeszcze nie ma. Możliwa jest za to kontrola, jak we Włoszech czy Czechach. - Użyjemy wszelkich dostępnych w prawie środków, by wyjaśnić jakiego rodzaju dane i w jaki sposób przetwarzał w Polsce Google - mówi nam Małgorzata Kałużyńska-Jasak, rzecznik GIODO.