Dorota Seweryniak dobrze pamięta powódź z 1997 r. Wtedy w jej mieszkaniu na parterze przy ulicy Chrobrego w Kędzierzynie-Koźlu wody było do połowy uda. Straciła wszystko, dlatego teraz, gdy szła fala, była mądrzejsza. - Cenne rzeczy wyniosłam do Romka, sąsiada z pierwszego piętra - mówi.
Jej osiedle, typowe blokowisko, zalała przepływająca przez Koźle rzeka Limetka, do której wlała się Odra. Na co dzień na metr szeroka i głęboka na tyle, że kaczki nogi moczą. Mieszkańcy są wściekli. - Zalało nas przez cztery rodziny, które sądzą się z państwem o ziemię. To przez nich nie ma zbiornika w Raciborzu, który przyjąłby wodę - denerwuje się Jan Michalewski z ul. Wiklinowej. Ale opór tych rodzin to jedna sprawa - faktycznie winne są nieprecyzyjne przepisy, które utrudniają wywłaszczenia ziemi, nawet pod tak kluczowe dla regionu inwestycje jak zbiornik retencyjny.
Budowa zbiornika raciborskiego zbierającego wodę spływającą z górnej części Odry trwa od lat. Miał być gotowy w przyszłym roku, ale już wiadomo, że tak się nie stanie. Może powstanie w 2015 r. To ostatni możliwy termin, po którym przepadną unijne środki przeznaczone na zbiornik. A bez nich go nie będzie, bo w ciągu kilku lat koszt budowy (głównie przez wzrost cen gruntów i materiałów) wzrósł trzykrotnie z 484 mln zł do 1,3 mld zł.
Wieloletnie zaniedbania
Raciborski zbiornik to tylko jeden z elementów ogólnopolskiego "Programu dla Odry", który zaczął powstawać po powodzi w 1997 r. Sejm uchwalił go cztery lata później. Inwestycje, m.in. budowę zbiorników retencyjnych i wałów przeciwpowodziowych obejmujących Odrę i jej dorzecze w ośmiu województwach, wyceniono na 10 mld zł.
Co przez te lata udało się zrobić? Z raportu Najwyższej Izby Kontroli wynika, że do tej pory wydano nieco ponad 3 mld zł, ale głównie na modernizację wałów i odbudowę zniszczeń po powodzi sprzed 13 lat. Za 200 mln zł powstały zaledwie cztery niewielkie zbiorniki.
Nie wykorzystano nawet wszystkich środków z budżetu. O pieniądzach z Unii nie wspominając. Spośród dostępnych 2 mld euro wydano zaledwie kilkadziesiąt milionów złotych. - To wina ludzi, którzy narzekali na brak pieniędzy, a nie potrafili wykorzystać funduszy, które były dostępne - powiedział Józef Górny, wiceprezes NIK. Jego zdaniem winni są też ekolodzy i sami mieszkańcy, którzy często blokują budowę zbiorników.
Kluczowe inwestycje, które miały chronić przed powodzią, wciąż pozostają na papierze, są opóźnione o lata i kosztują wielokrotnie więcej, niż planowano. Choćby zbiornik w Kamieńcu Ząbkowickim. Warta 560 mln zł inwestycja mająca chronić Dolny Śląsk przed wielką wodą nie powstała do dziś, choć przetarg na dokumentację techniczną ogłoszono sześć lat temu. Kontrola NIK wykazała, że rozpisano go bezprawnie. Wojewoda rozwiązał umowę z wykonawcą, prace wstrzymano. Zmarnowano 18 mln zł.
Dziurawe wały, niedrożne rowy
Jeszcze gorzej jest z wałami przeciwpowodziowymi. Z marcowego raportu NIK wieje grozą. W przypadku większości z nich nie można nawet stwierdzić, w jakim są stanie, bo nie mają aktualnych badań technicznych. W Małopolsce ma je jedynie 5 proc. wałów. Część z nich została wzniesiona jeszcze za czasów zaborów i nie spełnia żadnych obecnych norm.
Wały przeciekają, bo nikt ich nie naprawia. Wszyscy tłumaczą się brakiem pieniędzy. Urzędnicy skarżą się też na problemy z wykupem terenów pod nowe wały. - Grunty są rozdrobnione, nie przeprowadza się postępowań spadkowych, a na decyzje środowiskowe trzeba czekać nawet półtora roku - rozkładają ręce.
Mimo to - zastrzegają - prace się wykonuje. W Krakowie zmodernizowano 26 km wałów. Wiosną rozpoczęto budowę 2,7 km nowych wzdłuż rzeki Poprad. Trwają prace w rejonie Oświęcimia oraz Bochni i Brzeska. Kłopot w tym, że wały często zaczyna się remontować tuż przed powodzią, co potem powoduje jeszcze większe straty.
Jeszcze gorzej jest z utrzymaniem przydrożnych rowów, lokalnych potoków i strumieni. Żadna ze skontrolowanych gmin nie ma ewidencji rowów, a połowa w ogóle ich nie oczyszcza. Tymczasem większość strat powodują właśnie wylewające małe potoki i strumienie, a nie wielkie rzeki.
Efekt? Poziom zagrożenia powodziowego w Małopolsce jest wyższy o co najmniej 15 proc. od średniej krajowej - wynika z raportu NIK. Na 182 gminy województwa 146 (czyli 80 proc.) jest zagrożonych powodzią. A w aż połowie poziom zagrożenia jest bardzo wysoki. W tej sytuacji trudno się dziwić, że z roku na rok powodziowe straty rosną.
W województwie małopolskim i świętokrzyskim tylko w ostatnich trzech latach to blisko 1 mld zł. Wielkość szkód na tych terenach rośnie lawinowo: o ile w 2007 r. było to 194 mln zł, o tyle w 2008 r. już 261 mln zł, a rok temu aż 519 mln zł. Łącznie w minionej dekadzie na usuwanie skutków powodzi tylko w tych dwóch województwach wydano z budżetu 2,7 mld zł.
Budują gdzie popadnie
Innym problemem jest budowa domów na terenach zagrożonych powodzią. Powstają na nich zarówno nowe osiedla, jak i obiekty użyteczności publicznej. Wszystko to w świetle obowiązującego prawa. Zakazuje ono jedynie budowania w przejściu między rzeką a wałem powodziowym. Tuż zanim żadne restrykcje już nie obowiązują.
W najgorszej sytuacji są województwa małopolskie i świętokrzyskie - przypomnijmy - najbardziej zagrożone powodzią. W dorzeczu górnej Wisły gęstość zaludnienia jest wyższa od przeciętnej w Polsce, a zabudowa - bardzo rozproszona. Buduje się tam kosztem lasów i gruntów ornych. Po dużych opadach nadmiar wody nie ma gdzie wsiąkać i coraz szybciej spływa do rzek. Rośnie też ryzyko podtopień w miastach, bo nowe osiedla nie mają często odpowiedniej kanalizacji deszczowej.
Do tego w wielu gminach nie ma nawet ściśle określonych miejsc, gdzie nie wolno budować z powodu ryzyka powodziowego. Polacy to wykorzystują i budują, gdzie popadnie. Na sesjach rad miejskich mieszkańcy osobiście pilnują, by plany przestrzenne były tworzone po ich myśli. Tak było w krakowskiej dzielnicy Tyniec, gdzie przekonywali, że nie można im zabronić zabudowy na ich własnych działkach.
Lokalni politycy próbują do tego nie dopuszczać, ale ludzie są uparci. Liczą, że powódź ich nie dotknie. Nieopodal Krakowa domy powstają nawet na terenach poniżej poziomu Wisły. Do tego dochodzą tak kuriozalne sytuacje jak zgoda na budowę krytej pływalni w Proszowicach na terenie zalewowym.