JTT, czyli Janusz, Tomasz, Tomasz: Krasnopolski, Czechowicz, Gomułkiewicz. Trzech studentów, którzy na początku lat 90. wymyślili rodzimy biznes komputerowy. Firmę założyli tam, gdzie mieszkali i studiowali - we Wrocławiu. W miejscu, gdzie Odra spotyka się ze swoim kanałem, przy ul. Braci Gierymskich, na samym cyplu, niedaleko śluzy Bartoszowickiej, firma miała swoje budynki. Zwyczajne, bez ekstrawagancji jak w Google'u, ze skromnym logo, ale dumni byli z własnej centrali telefonicznej. Kapsułą wypoczynkową w JTT były tereny nadodrzańskie, gdzie w pobliżu rzeki rozkładano koce i można było zresetować mózg po wielu godzinach pracy.
Maria Żukowska, niegdyś główna księgowa w JTT: - To była firma młodych ludzi. Średnia wieku wahała się w granicach 26- 30 lat. Wspaniały, zdolny zespół, bardzo ze sobą zżyty. Do dziś się spotykamy i wspominamy tamte czasy. Chociaż ja zaczynałam tam mając prawie 50 lat, nie czułam granicy wieku. W JTT żyło się jak w domu: narodziny, śmierć, zawsze wszyscy byli wtedy z tymi, którzy przeżywali radosne czy trudne chwile. Jak się komuś urodziło dziecko, to zamawialiśmy catering i była impreza na działkach obok firmy - mieliśmy tam przecież przepiękne tereny zielone. Ludzie rośli razem z firmą, wchodzili w dorosłe życie. Studiując, zdobywali tu doświadczenie, z którym potem poszli w świat.
Robert Mendruń , lat 39, w JTT spędził całą młodość.
- Pracowałem tu prawie 11 lat. Najpierw w administracji, ale że firma dawała szansę awansu, więc po trzech latach przeszedłem do działu odpraw celnych. To były piękne lata! JTT w połowie finansowało mi studia - kończyłem Akademię Ekonomiczną we Wrocławiu. Umowa między mną a firmą była taka, że jak już je skończę, przez trzy lata muszę pracować dla JTT. Ale ja wcale nie zamierzałem zmieniać tej pracy na inną. Gdyby nie koszmar z likwidacją firmy, pracowałbym w niej do dziś.
Prawo lepsze dla importerów
Kłopoty JTT zaczęły się w 1999 r. Firmę oskarżono o to, że wyłudziła VAT, sprowadzając z Czech i Niemiec własne komputery. Robert: - Wysyłaliśmy sprzęt do swoich oddziałów u ościennych sąsiadów, i po odkupieniu za niewielką marżą sprzedawaliśmy polskim szkołom. Wyglądało to tak, że z Wrocławia do Czech szły osobno klawiatury, drukarki, monitory. Potem wszystko to składano w całość, pakowano i przywożono z powrotem. Firma wyszła z założenia, że to, co nie jest zabronione, jest dozwolone.
I ten spryt się urzędnikom nie spodobał.
Byli pracownicy do dziś nie rozumieją zaciekłości kontrolerów. Bo przecież JTT faktycznie nie zarabiało na VAT. Korzystało na tym tylko Ministerstwo Edukacji Narodowej, które kupowało komputery zwolnione z podatku. Prawo sprzyjało wówczas importerom, a nie polskiemu biznesowi. Rodzimi producenci musieli sprzedawać sprzęt z 20-proc. podatkiem, a importerzy bez. JTT, żeby z nimi konkurować, wzięło się na sposób z eksportem i importem. Robert Mendruń wystawił 90 proc. dokumentów, które potem zakwestionował urząd skarbowy.
- Wszystko konsultowałem z celnikami. I nie było zastrzeżeń. Nikt nie powiedział, że coś robimy źle, aż tu nagle urzędnicy zażądali zwrotu podatku od firmy, która go nawet nie widziała na oczy - mówi Mendruń.
Ewa Kontek, ówczesna wicedyrektorka Izby Skarbowej we Wrocławiu, mówiła w jednym z wywiadów, że urzędnicy nie czują się odpowiedzialni za sytuację JTT: "Poza tym żyjemy z podatków i nie mamy interesu w doprowadzaniu firm do upadłości. To owce, które się strzyże, a nie zarzyna".
Ci, co pracowali dla JTT nie lubią słowa "upadek". Bo firma ich zdaniem nie upadła. I nikt też jej nie strzygł. - Firmę zarżnęli urzędnicy skarbowi - to Anna, której głos znacząco się w tym momencie podnosi. Sąd uniewinnił właścicieli firmy, a nie dalej jak miesiąc temu kolejnym wyrokiem zasądzono funduszowi MCI (byłemu akcjonariuszowi JTT) odszkodowanie w wysokości 38,5 mln zł wraz z odsetkami od skarbu państwa (czyli w sumie ponad 50 mln) za doprowadzenie JTT do ruiny. - I co z tego - pyta Anna. - Skoro nic już nie wróci życia takiemu dobremu pracodawcy. Czy któryś z urzędników pomyślał wtedy o załodze JTT? A było firmą rodzinną. Pracowało w niej wiele małżeństw i rodzeństw. Było też zakładem pracy chronionej. Zatrudniało ludzi z różnymi niepełnosprawnościami i grupami inwalidzkimi. Z zaburzeniami mowy, słuchu, wzroku, po porażeniu mózgowym, wylewach, chorujących na nerwice czy stwardnienie rozsiane. Ludzi, którzy nie mieli zbyt wielu szans na rynku pracy.
Złodzieje w białych kołnierzykach
Anna przyszła do JTT, mając 20 lat. - Mieliśmy telefonistkę, chorą na stwardnienie, która tylko czasowo chodziła na zwolnienia i nikomu to nie przeszkadzało - wspomina. Przez pięć lat pracowała w sekretariacie prezesa firmy Tomasza Czechowicza.
Mówi, że nigdy nie spotkała nikogo, kto miałby tak fenomenalną pamięć. - Zajmował się sprzedażą. Miał w głowie ceny wszystkich podzespołów, zmieniające się na przestrzeni roku. Pieniądze nigdy nie przewróciły mu w głowie. Sympatyczny, otwarty, kulturalny. Może był nieco oderwany od rzeczywistości, bo pytał, czy 50 zł na papierosy wystarczy, ale pracowało mi się z nim rewelacyjnie - mówi Anna.
Anna została żoną Roberta Mendrunia dzień po tym, jak przyjęli go do JTT. Znali się nieco wcześniej, ale świętowali jednocześnie i wesele, i nową, bardzo dobrą pracę.
Anna: - Czy ktoś może sobie dzisiaj wyobrazić taką scenę, że przychodzi kadrowa z papierkiem i mówi: podpisz aneks do umowy. A to co? Podwyżka. I tak co pół roku, co rok. Nigdy po podwyżkę do prezesa nie poszłam, ona sama przychodziła do mnie. Świetnie zarabiałam, chociaż często pracowałam od rana do nocy. Ale ja to uwielbiałam! JTT do dziś jest jedyną firmą w mojej karierze, która uczciwie płaciła sto procent za nadgodziny. A jak siedziałam dłużej - 150 proc. Macie pojęcie?!
Anna zdecydowała się na zmianę zatrudnienia z powodu stresu: że jakby coś się stało, to oboje z mężem zostaną bez pensji. A dziecko maleńkie. No i kiedy urodziła drugie, mąż dostał wypowiedzenie z JTT.
- Zwalniali mnie jako jednego z ostatnich, za porozumieniem stron - wspomina Robert. - Bardzo długo wierzyliśmy, że firma się podźwignie. Nawet wtedy, gdy szefostwo nazwano "złodziejami w białych kołnierzykach". Przez kilka miesięcy wszyscy przychodzili do pracy za uścisk ręki prezesa. Po wyroku uniewinniającym kilkaset osób odetchnęło, że wszystko wróci do normy.
Ale urząd skarbowy tak długo zwlekał ze zwrotem pieniędzy, że sparaliżował całkowicie działalność firmy. - Co z tego, że w ciągu tygodnia, siedząc całymi nocami, zrobiłem dla nich zestawienie eksportu, importu, rozliczałem się z każdej śrubki, każdego kabelka, żeby wiedzieli, za co oddają pieniądze. W życiu nie widziałem tak długiego arkusza excelowego! Urząd ciągle kazał coś uzupełniać. W tym czasie banki zaczęły upominać się o zaciągnięte kredyty. Stało się jasne, że to już będzie agonia - mówi Robert.
Zamiast pensji masz komputer
Roman Kluska, szef Optimusa, wykończonego w podobny sposób, powiedział kiedyś, że zło zaczyna się od złożonego i nieprecyzyjnego prawa podatkowego, które pozwala uzasadnić każde postępowanie. Najgorsze jest to, mówił Kluska (który importował własne komputery ze Słowacji), że w Polsce urzędnik może wyeliminować każdą firmę. I pozostanie przy tym bezkarny.
Maria Żukowska: - Przez cztery lata siedziałam na ławie oskarżonych, jako ten biały kołnierzyk, nie wzbogaciłam się nigdy na podatku, niczego nie wyłudziłam. Często miewaliśmy kontrole skarbowe jako zakład pracy chronionej i nie było protokołów negatywnych. Także jeśli chodzi o VAT, wielokrotnie konsultowałam się z urzędem skarbowym i dostawałam wytyczne mówiące, że wszystko odbywa się prawidłowo. Tak prywatnie sobie myślę, że firmy zagraniczne chciały wejść na rynek i w taki oto sposób wycięto im konkurencję.
Maria, podobnie jak wielu innych pracowników, pamięta, jak wyglądało wycinanie JTT.
- To był horror. Pewnego dnia pracownicy przyszli i zastali drzwi do pomieszczeń oplombowane. Jeśli niektórzy zdążyli zacząć pracę, kazano im wyjść na korytarz, oblekano wszystko taśmą i stawiano plomby. Komornik zajął cały sprzęt na taśmie produkcyjnej, komputery w biurach. Żeby zrobić rozliczenie na koniec miesiąca, musiałam negocjować. Wpuszczano wtedy pracowników na godzinę, aby wykonali swoją pracę. Wielu z nich nie udawało się w tak krótkim czasie, np. zgrać z dysków historii sprzedaży, a że komornik czyścił bazy danych, niektórzy wynosili sprzęt przez okno.
Okno było zresztą w tamtym czasie prawdziwym "uchem igielnym" firmy. Bartosz Chomicki, wtedy w dziale handlowym JTT, zapamiętał atmosferę paniki. - Nagle zablokowano konta i nikt nie dostał wypłaty. Dział finansowy wpadł więc na pomysł, jak rozliczyć się z pracownikami, w razie gdyby firma nie odzyskała pieniędzy. Sprzedano nam sprzęt po bardzo preferencyjnych cenach. Ale że komornik wszędzie stawiał plomby, to wynosiliśmy przez okna, co się dało. Działy się dantejskie sceny. Nasz dział był na parterze, więc wyrzucaliśmy oknami komputery, drukarki i chodu! - do samochodów. Niektórzy niestety nie zdążyli i zostali z niczym. A komornik groził, że nas do sądu poda za to, że rozkradamy firmę.
W ciągu kilku miesięcy z koncernu, który zatrudniał kilkuset pracowników, zostało 20 osób. Kiedy syndyk wszedł do firmy i odblokował konta, uruchomiono wynagrodzenia. W pierwszym rzędzie dla pracowników najniższego szczebla, w tym produkcji, gdzie pracowało najwięcej osób niepełnosprawnych. - Następnie płacono kontrahentom, a na końcu pieniądze dostawał zarząd. Ponieważ ja zaliczałam się do tej ostatniej, dyrektorskiej puli, byłam bez wynagrodzenia przez dziewięć miesięcy - wspomina Żukowska. Nie podzieliła wprawdzie losu szefa Optimusa i nie wyprowadzono jej z domu w kajdankach, ale czas, kiedy czuła się jak złodziej, zrujnował jej psychikę. W tych trudnych chwilach jednak jottetowcy też trzymali się razem. - Pytali, czy nie potrzeba mi pieniędzy, dodawali otuchy, nawet zwykłe wspólne wyjście na kawę i rozmowa były dla mnie krzepiące. Nie zostawili mnie z tym samej.
Na pierwsze spotkanie po upadku firmy przyjechało z całej Polski ponad dwieście osób. Do dziś w portalu społecznościowym istnieje klasa JTT. A w niej ponad stu pięćdziesięciu "uczniów". Wielu z nich to fachowcy zajmujący wysokie stanowiska, bo JTT uchodziło przez lata za kuźnię talentów. Robert Mendruń po niemal 11 latach pracy wyszedł z firmy z jedną drukarką, którą wziął w ramach wypłaty. Szybko znalazł inną pracę, potem miał ich jeszcze kilka. Dziś jest menedżerem i specjalistą do spraw celnych w jednej z zagranicznych firm komputerowych. Anna pracuje w kancelarii prawnej. Chomicki jest menedżerem na Dolny Śląsk znanej koreańskiej firmy. A Maria Żukowska przeszła na emeryturę. Dzięki temu, że w JTT zarabiała 300 a nawet 500 proc. więcej niż średnia krajowa, ma ją dziś trochę większą. Gdy pracowała, mogła pozwolić sobie na dobre życie, zwiedzając przy tym kawałek świata. Ale na pytanie, czego tak naprawdę dorobiła się przez te lata, mówi: doświadczenia. I ludzi. Ci są tak naprawdę najcenniejsi.