Biznes Ludzie Pieniądze

Podłączmy e-administrację pod banki

Jan Gorski, Krzysztof Rybiński
24.05.2010 , aktualizacja: 23.05.2010 20:25
A A A Drukuj
Rząd wyważa otwarte drzwi, budując od podstaw system e-administracji. To się ciągnie latami, a końca nie widać. Lepiej podpiąć się pod system bankowy, przecież on działa bez zarzutów
Krzysztof Rybiński
.
Krzysztof Rybiński
Każdy obywatel - osoba fizyczna i przedsiębiorca - musi od czasu do czasu zetknąć się z administracją publiczną, musi załatwić jakąś sprawę (np. uzyskać zgodę, zaświadczenie, zapłacić podatki) albo administracja ma sprawę do obywatela (np. kontrola podatkowa, głosowanie w wyborach lub referendum). Niezależnie do tego, kto inicjuje kontakt, w 99 proc. przypadków procedury działania administracji i mądre wykorzystanie dostępnych technologii (Internet, Skype, telefon, SMS) powinny pozwolić na załatwienie sprawy bez konieczności fizycznej obecności obywatela w urzędzie lub fizycznej obecności urzędnika u obywatela, czyli za pomocą e-administracji. Dlaczego tak jeszcze nie jest?

W marcu odbyła się konferencja zorganizowana przez DemosEuropa, na której przestawiono podejścia dwóch krajów - Danii i Polski - do e-administracji. W Danii w scentralizowany sposób w administracji krajowej i lokalnej znaleziono bardzo dobre rozwiązanie. Rząd dogadał się z bankami komercyjnymi, aby stworzyć jeden centralny system identyfikacji użytkowników. Za pomocą jednego loginu, hasła i zmiennego kodu użytkownik loguje się na co dzień do swojego banku, ale również do dowolnej e-usługi w e-administracji. Odpada problem pamiętania hasła do e-okienka, z którego korzystamy raz na kilka miesięcy, bo jest ono takie same jak do serwisu bankowego, z którego korzystamy kilka razy w miesiącu. Oczywiście rozwiązanie duńskie ma swoją alternatywę dla obywateli bez e-kont, którzy mogą pofatygować się do odpowiedniego biura i wyrobić sobie hasło. Jednak liczba takich użytkowników jest znikoma. Odpada również problem z przekonaniem milionów ludzi do systemu, bo banki to już zrobiły wiele lat wcześniej.

Właśnie ten model powinniśmy zaaplikować do Polski. Mamy wszystko, co trzeba - nowoczesne banki, które oferują konta internetowe, zaufanie do banków, coraz powszechniejszy dostęp do internetu. Wystarczyłaby koordynacja działań, ale tutaj zaczynają się schody.

Zamiast skorzystać z najlepszych wzorców, w Polsce robimy po swojemu. MSWiA buduje sieć punktów, do których trzeba będzie się udać, aby wyrobić sobie prawa dostępu do e-administracji w postaci dumnie brzmiącej Platformy Usług Administracji Publiczne (ePUAP). Ministerstwo Finansów na własną rękę buduje system, który nie wymaga wizyty w urzędzie skarbowym. Samorządy rozwijają e-urzędy, ale według różnych koncepcji i standardów. ePUAP swoją kiepską ergonomią i funkcjonowaniem zachęcił jedynie 16 z pośród 46 jednostek skontrolowanych przez NIK w 2009 r. Inne poszukują rozwiązań na własną rękę jak: e-Sopot, Wrota Małopolski, Wrota Podlasia lub równolegle tworzyły dostęp przez ePUAP i własny autorski system. Powstały również systemy podobne wdrażane przez inne jednostki administracji System Elektronicznej Komunikacji Administracji Publicznej.

Każdy sobie rzepkę skrobie w swoim silosie. Niestety nie ma jak w przypadku Danii jednego człowieka, który koordynowałby powstanie jednego systemu dostępu do e-administracji w całym kraju. W Danii jest jedna osoba w Ministerstwie Finansów, która odpowiada za całość, a kompetencje ulokowane są w resorcie, który finansuje całość przedsięwzięcia.

Oczywiście każdy chce dobrze, ale na pierwszym planie są potrzeby urzędników, a nie obywateli, co w połączeniu z silosowością podejścia i brakiem wspólnej wizji spowoduje, że wydamy kilka miliardów złotych w skali kraju na stworzenie wielu systemów, a satysfakcja obywateli ze sposobu obsługi może istotnie nie wzrosnąć. Jedno okienko pokazało dobitnie, że nieprzemyślana zmiana może pogorszyć jakość usług świadczonych przez administrację publiczną.

Kolejnym przykładem braku wizji i perspektywicznego myślenia są dwie wielkie akcje wymiany dowodów osobistych, z książeczki na dowód z paskiem, a niedługo na dowód z chipem. Ponosimy ogromne koszty tych zmian, a cały czas otwarte pozostaje pytanie, czy Polacy będą masowo zaopatrywali się w urządzenia, które umożliwią korzystanie z chipowego dowodu w celu składania podpisu elektronicznego. O ileż prościej byłoby wykorzystać istniejące kanały dostępu poprzez system bankowy. Co więcej, takie podejście skłoniłoby osoby, które ciągle nie korzystają z usług bankowych, do założenia konta, a banki w porozumieniu z władzą publiczną mogłyby zaoferować darmowe rachunki.

Zanim Duńczycy podczepili się pod banki, wcześniej zrobili kilka błędów i próbowali tak jak Polska dzisiaj budować punkty uwierzytelniania obywateli. Czy musimy powtarzać te same błędy i ponosić koszty, które idą w miliardy złotych?

Od niedawna prawo gwarantuje obywatelowi, że nie musi już nosić między urzędami dokumentów, które są dostępne w bazach administracji publicznej. Teoretycznie wszystkie kopie dowodów, odpisy aktów urodzenia, REGON-y itp. nie są potrzebne. Więc jest paragraf na to, aby administracja zaczęła współpracować. Ponieważ administracja komunikuje się za pomocą pism poleconych zamiast przez internet, szybciej będzie pobiegać między urzędami, niż czekać aż dojdą pisma. W ten sposób powstała nowa definicja obywatela, czyli interfejsu białkowego między potrzebami urzędników.

Aby nastąpił przełom, nie należy zaczynać myślenia o e-administracji od technologii, bo to nie zmieni ani mentalności urzędnika, ani procesów administracyjnych. Urzędnikowi zależy na utrzymaniu pracy, więc postrzega e-administrację jako zagrożenie. Trzeba tak jak Duńczycy znaleźć istotę rzeczy i systemowy sposób, aby urzędnikom chciało się i opłacało zmienić kulturę pracy z silosowej na otwartość i współpracę. Niewykluczone, że bez metody kija, jak w przypadku zapisu dotyczącego dublowania danych, nie da się skutecznie zmienić stanu rzeczy. Ale potrzebne są też pozytywne bodźce i analiza, czy metoda kija nie wydłuży procedur, tak jak się to stało w przypadku jednego okienka.

Dodatkową poważną barierą w realizacji strategii nowych technologii jest ich cena. Rozwiązania nowatorskie są często za tanie, bo po prostu bazują na rozwiązaniach rodem z internetu, a nie na drogich aplikacjach i platformach tworzonych przez firmy informatyczne kosztem setek milionów złotych. Z trudno zrozumiałych powodów administracja woli rozpisywać przetargi na setki milionów złotych, zamiast skorzystać z tanich, efektywnych i sprawdzonych metod internetowych lub z już istniejących systemów weryfikacji identyfikacji klienta w bankach. Naprawdę trudno to zrozumieć, bo wiele funkcjonalności e-administracji można zapewnić dziesięć razy taniej niż obecnie planowane nakłady na szczeblu krajowym i lokalnym i kilka razy szybciej. Tylko duże firmy informatyczne nie zarobią, ale podatnicy nie muszą się tym przejmować.

Najwyższy czas, aby administracja centralna, lokalna i sektor bankowy usiadły razem do stołu i wypracowały wspólną wizję stworzenia e-administracji. Okazją ku temu powinien być V Kongres Gospodarki Elektronicznej, który odbędzie się 27 maja w Warszawie. Takie porozumienie mogłoby być dobrym początkiem złotej polskiej dekady, której przez obecne jedno okienko raczej nie widać.

*Jan Gorski, specjalista w dziedzinie web2.0, Krzysztof Rybiński, profesor SGH

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów