Agata Nowakowska, Dominika Wielowieyska: Zarząd NBP nie chce przedłużać linii kredytowej w wysokości 20 mld dol. z MFW, bo nie widzi takiej potrzeby. Chyba że rząd powie, że wymaga tego sytuacja fiskalna, czyli że nie panuje nad finansami państwa.
Michał Boni: To zachowanie nieodpowiedzialne. Złe rozumienie niezależności banku centralnego. Zarząd NBP zamiast prowadzić dziwną grę z ministrem finansów, powinien zacząć poważnie traktować swoje konstytucyjne zadania i wziąć odpowiedzialność za sytuację finansową państwa.
Jeszcze niedawno NBP interweniował na rynku, by powstrzymać umacnianie złotego. Po Grecji rynki znów zaczęły szaleć, ale NBP nie zmienił zdania.
- To świadczy o tym, że te dobre, bezpośrednie kontakty ministra z p.o. prezesa NBP są niezbędne i nie ma to nic wspólnego z zagrożeniem niezależności. A przecież warto, by p.o. prezesa NBP wysłuchał poważnych argumentów ministra finansów i podjął racjonalną decyzję. W Europie wciąż panuje niepewność, rynki są rozchwiane. Musimy mieć swoją polisę ubezpieczeniową w formie linii kredytowej MFW.
Nie uspokoiły pana ostatnie decyzje w sprawie ratowania Grecji, podjęte przez kraje strefy euro?
- To działania doraźne. A teraz trzeba sobie zadać pytanie: jak będzie wyglądała perspektywa wychodzenia z kryzysu, który de facto jest o wiele głębszy niż nam się wydawało. Weszliśmy w druga fazę kryzysu, którą eksperci nazywają przejściem od zagrożeń dla systemu finansowego do zagrożenia dla finansów całych państw. Ja to definiuję jako kryzys modelu rozwoju związany z deformacją kapitalizmu i gospodarki rynkowej, gdzie częściowo oszczędności służą rozwojowi i nie żyje się na kredyt w aż tak dużej skali. W tym zdeformowanym modelu liczy się tylko hojne wydawanie pieniędzy prowadzące do nierównowagi w finansach, a oszczędności traktowane są po macoszemu. To przykład grecki, hiszpański, ale również irlandzki, brytyjski czy amerykański.
Czy i jak Unia Europejska potrafi odpowiedzieć na błędy związane ze złą receptą, jaką wiele krajów przyjęło jako sposób na radzenie sobie z kryzysem? Przecież Europejski Bank Centralny został praktycznie zachęcony do nadmiernie elastycznej polityki.
Co Europa powinna zrobić, by zażegnać kryzys?
- Na wyzwania tej drugiej fazy kryzysu nie można odpowiadać tylko ratunkowo, trzeba odpowiadać strukturalnie, i to tak, by zarazem nie hamować rozwoju. Kilka miesięcy temu Komisja Europejska mówiła państwom: "Przygotujcie zaktualizowane plany konwergencji i pokażcie, że mniej więcej w 2012 roku zbijecie deficyty sektora finansów publicznych do ok. 3 proc.". Wszystkie kraje, wierząc w to czy nie, takie plany przygotowały. Tylko co z tego? Jak spojrzymy na publikowane ostatnio dane dotyczące Grecji, Włoch, Portugalii, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Irlandii, to się okazuje, że nie ma mowy o tym, by 2012 był rokiem równowagi. Mowa jest o 2014 r. Okazuje się, że cała Europa może rozwiązywać problem nadmiernego zadłużania się prawie przez połowę najbliższej dekady.
Minister finansów Jacek Rostowski także planował odchudzić nasz deficyt do zalecanego przez Unię 3 proc. do 2012r. To teraz nierealne? Nie mamy szans na przyjęcie euro w 2015 r?
- Tego nie wiadomo. Za to obecny kryzys zmusił nas wszystkich do stawiania nowych pytań, np. czy nie trzeba zacząć myśleć o lepszym zarządzaniu budżetami krajów należących do Unii. Dla Polski najważniejszym dziś wyzwaniem jest połączenie ze sobą realizacji dwóch celów: ustabilizowania finansów publicznych, czyli zmniejszenia zagrożenia związanego z zadłużeniem, oraz dalszego rozwoju kraju. Ważną sprawą w tej chwili jest tempo wzrostu gospodarczego w Polsce w roku 2010 i perspektywy na 2011, choć tu prognozy są optymistyczne. Ale naprawdę kluczowe jest to, co będzie w 2012 i później! Czy znajdziemy środki na rozwój, na inwestycje?
Dlaczego my dziś musimy się martwić tym, że Grecja ma kłopoty?
- Bo od tego będzie zależał następny budżet europejski. Bruksela może przykręcić kurek z pieniędzmi. Jak popatrzymy na strumień środków unijnych, to po 2012 r. ich napływ się zmniejsza. Rok 2011 to szczyt, kiedy możemy uzyskać zwrot z UE środków wartości ok. 50-60 mld zł. To dobry czas dla inwestycji i bezpieczeństwo budżetowe, lecz nowe środki (z następnego okresu programowania) mogą być dopiero w 2015 r. i nie wiemy, jak będzie ten budżet unijny wyglądał. My musimy w tej fazie przejściowej wygenerować własne środki na infrastrukturę, nie tylko budżetowe. Zarazem trudniej będzie przyciągnąć kapitał do Polski, bo Europa stała się dla inwestorów mniej atrakcyjna. Nie możemy zastosować mechanizmu: tniemy wydatki, i w najprostszy sposób ciąć inwestycje - jak się często robi, jak robi teraz Hiszpania i Portugalia - i przez następne dziesięć lat przestać się rozwijać, trwać w stagnacji.
Prognozy PKB na 2011 r. oscylują wokół 3,5-4,0 proc. To wystarczy?
- W tym roku może być 2,7 proc., taka jest ostatnia prognoza Komisji Europejskiej dla nas, ale może też być i 3 proc. W przyszłym roku - jak podają różne instytucje - możemy mieć 3,5-3,7-proc. wzrost. Nasza prognoza - 3,5 - jest ostrożna, ale przy tych niepewnościach, które mamy w gospodarce światowej, lepiej mieć prognozę ostrożną niż śrubować wynik nie wiadomo po co.
To jaki to będzie budżet przy 3,5-proc. wzroście gospodarczym?
- Jak w 2003 roku wzrost gospodarczy był na poziomie 3,8 proc., to dochody podatkowe (bez CIT, gdzie były zmiany stawek) wzrosły realnie o 5,7 proc., co w dzisiejszych warunkach dawałoby ok. 10-14 mld dodatkowych dochodów powyżej inflacji. Musimy podtrzymać inwestycje drogowe, pomyśleć o uruchomieniu projektów kolejowych i energetycznych. No i dobrze wykorzystywać ten szczyt napływu środków UE. Ale idąc tropem działań dyscyplinujących budżet w 2009 r., musimy też uruchomić rozwiązania, które zdyscyplinują wydatki. Myślę tu o regule wydatkowej, która zakłada, że wydatki mogą wzrosnąć o jeden procent ponad inflację. Chcemy szybko przeprowadzić odpowiednią ustawę w tej sprawie. Potrzebne są też zmiany w różnych ustawach, które pozwoliłyby na trzymanie środków agencji i funduszy na koncie budżetu państwa. To poprawi nam płynność budżetu i może zmniejszyć potrzeby pożyczkowe o ok. 10-14 mld zł.
Kolejna rzecz to są oszczędności, które przyniesie nam stworzenie administracyjnego centrum usług wspólnych, szacowane na kilka miliardów złotych. To już daje zgrubny wynik lepszego bilansowania się budżetu o ok. 25-30 mld zł.
Czy to wystarczy, abyśmy w przyszłym roku nie przekroczyli progu ostrożnościowego - dług ponad 55 proc. PKB - po którym rząd musiałby na gwałt ciąć wydatki i windować podatki?
- Nie grozi nam w tym roku przekroczenie progu 55-proc. długu publicznego w stosunku do PKB. Żadne prognozy tego nie pokazują. A po to, by nie dostać się pod topór tych 55 proc., potrzebna jest nam właśnie reguła wydatkowa i wskazane działania. Musimy być dalej ostrożni, jeśli chodzi o uniknięcie groźby długu publicznego, tylko pamiętajmy, że od 2007 r. dług w Polsce wzrósł o ok. 7 pkt proc., a w Irlandii o 40 pkt proc., w Hiszpanii o prawie 20 pkt proc. czy w strefie Euro o 12,7. Widzimy zagrożenia, ale też atuty.