Uzgodniony dwa tygodnie temu pakiet ratunkowy dla strefy euro opiewający na 750 mld euro dał Unii chwilę oddechu. Przynajmniej przez kilka dni europejskie giełdy przestały pikować, a obniżanie się kursu euro wobec dolara spowolniło. Z rynku zeszło ciśnienie, inwestorzy przestali żądać absurdalnie wysokiego oprocentowania za greckie papiery skarbowe (a w ślad za tym - także hiszpańskie i portugalskie).
Ale żadna z europejskich stolic nawet nie próbowała otrąbić zwycięstwa. Bo i też nikt nie ma wątpliwości, że polityczna obietnica obrony euro - kosztem 750 mld euro wyjętych z kasy państw Unii i skarbca Międzynarodowego Funduszu Walutowego - "kupiła" Europie tylko niewielką, ograniczoną ilość czasu. - Euro wciąż jest w poważnym niebezpieczeństwie - mówiła w środę w Bundestagu niemiecka kanclerz Angela Merkel, prosząc niemieckich deputowanych o zgodę na finansowanie "niemieckiego wkładu" w pakiet ratunkowy.
Rynek nie jest ślepy i wie, że przyczyny bieżącego kryzysu finansowego pozostają niezmienne: państwa takie jak Grecja czy Portugalia straciły wiarygodność, bo od lat ich wydatki budżetowe przewyższają dochody, zaś konkurencyjność gospodarek - mogąca zagwarantować przyspieszenie wzrostu PKB - spada, nawet w porównaniu z innymi państwami Unii.
Uzgodniony w Brukseli pakiet gwarancji na jakiś czas uspokaja. Najbogatsze kraje Europy: Niemcy, Francja, Holandia i Finlandia, żyrują zobowiązania uboższych partnerów. Ale za chwilę ten efekt uspokojenia może wyparować. Niedługo inwestorzy znów mogą zwątpić w to, czy niektóre państwa Unii są w stanie spłacać swoje zobowiązania.
Rządy mają miesiące, żeby udowodnić, że na serio wzięły się do przebudowania swoich finansów publicznych tak, by zagwarantować ich długofalową stabilność. Inwestorzy rynkowi nie oczekują oczywiście, że z dnia na dzień dług publiczny (sięgający np. 113 proc. PKB w Grecji albo 84 proc. w Portugalii) zostanie zbity do zera. Rynki oczekują, że on przynajmniej przestanie narastać. I że roczne budżety państw już w perspektywie kilku lat zapewniały zrównanie dochodów i wydatków bądź nawet nadwyżkę tych pierwszych. Tylko wówczas będzie wiadomo, że państwo - w perspektywie dekad - więcej spłaci, niż pożyczy.
Po siedmiu tłustych latach dla Europy nadchodzi siedem lat chudych. Ukochane przez Europejczyków państwo dobrobytu musi zostać odchudzone. Radykalnie. - Mam wrażenie, że dziś społeczeństwa zachodnioeuropejskie nawet nie zdają sobie sprawy z tego, jak głębokie zmiany są potrzebne. Ministrowie finansów już to wiedzą, premierzy też, a posłowie w parlamentach narodowych zaczynają się domyślać. Ale ludzie jeszcze tego nie widzą. I to jest nasz podstawowy problem - mówi "Gazecie" Jean Pisani-Ferry, dyrektor Brukselskiego Laboratorium Gospodarki Europejskiej i Globalnej BRUEGEL, doradca Komisji Europejskiej.
Pensje w dół, podatki w górę
Nie licząc Aten (które do wprowadzania drakońskich cięć zostały zmuszone - taki był warunek udzielania pomocy), pierwszy za siekierę chwycił rząd w Portugalii, kraju - po Grecji - najbardziej zagrożonego odcięciem od finansowania z międzynarodowych rynków. Socjaldemokratyczny premier José Socrates chce do 2011 r. zredukować deficyt do 4,6 proc. PKB (z obecnych 9,4 proc.), między innymi za pomocą podwyżki podatku VAT (o 1 pkt proc.) i podatku dochodowego, obcięciu pensji w sektorze publicznym o 5 proc. oraz rezygnacji z nowych inwestycji (m.in. nowego lotniska w Lizbonie). Do poparcia tego pakietu oszczędnościowego Socrates przekonał prawicową opozycję, co zagwarantowało szybkie przepchnięcie reform przez parlament.
Na podobne deklaracje ze strony innych rządów nie trzeba było czekać. Hiszpański rząd premiera José Luisa Rodrigueza Zapatero (też socjaldemokraty) zapowiedział oszczędności rzędu 15,25 mld euro, m.in. dzięki obniżce pensji w sektorze publicznym o 5 proc. i skreśleniu projektów inwestycji o wartości 6 mld euro.
We Włoszech rząd zamierza obciąć deficyt budżetowy w latach 2011-12 o 25 mld euro (tak, by osiągnąć 2,7 proc. deficytu w 2012 r.). Jak? W grę wchodzi zamrożenie bądź obniżenie płac funkcjonariuszy publicznych, obcięcie pomocy budżetowej dla czterech najbiedniejszych regionów (m.in. Sycylii i Sardynii).
Oszczędzać chce także Francja, druga co do wielkości gospodarka strefy euro. Przez trzy kolejne lata (2011, 2012 i 2013) wydatki budżetowe, poza spłatą odsetek od zadłużenia i poza wydatkami emerytalnymi, zostaną zamrożone - zapowiedział premier François Fillon. Biurokracja państwowa zatrudni tylko co drugiego pracownika na miejsce tych, którzy odeszli na emeryturę. To zmniejszy koszt funkcjonowania państwa o ok. 10 proc., czyli - jak szacuje minister ds. budżetu Eric -Woerth - o ok. 10 mld euro.
Francuski rząd ma też ambitny plan reformy systemu emerytalnego: chce przedłużyć minimalny czas pracy, po jakim można przejść na emeryturę, a poza tym podnieść opodatkowanie osób najbogatszych. Pytanie tylko, czy tę pierwszą zmianę uda się wprowadzić przy oporze związków zawodowych i protestach lewicy, która zamiast o zaciskaniu pasa i dłuższej pracy woli mówić o "opodatkowaniu banków i premii dla menedżerów wypłacanych w opcjach na akcje".
Radykalne porządki budżetowe nie ograniczają się zresztą tylko do państw strefy euro. Nowy brytyjski minister finansów George Osborne zapowiada, że w projekcie nowego brytyjskiego -bud-żetu (22 czerwca) będzie dużo cięć. W samym tylko 2010 r. wydatki mają być zmniejszone o 6 mld funtów (7 mld euro), co choć trochę zmniejszy deficyt budżetowy. Dziś jest on na poziomie 163 mld funtów.
Niestety, te wszystkie rządowe plany mogą się okazać za słabe. - To nie są wystarczające działania. Rządy robią krok w dobrym kierunku, ale to nie wystarczy - przestrzega Pisani-Ferry. - Potrzebne są jeszcze plany na dłuższy czas. Rządy muszą powiedzieć, jak w perspektywie pięciu lat zamierzają redukować wydatki i podwyższać wpływy np. z podatków.
Więcej Unii w Unii
Porządki w budżetach mające przywrócić finansową wiarygodność strefie euro (i całej Unii) to tylko pierwsza część terapii wstrząsowej, którą wspólnota chce sobie zafundować.
Zmienić się muszą także reguły działania strefy euro. Pakt stabilizacji i wzrostu, który miał gwarantować, że zadłużenie w żadnym państwie nie przekroczy 60 proc., a deficyt 3 proc. PKB - poniósł klęskę na całej linii. Dość powiedzieć, że dziś w Unii tylko jedno państwo spełnia kryteria zapisane w pakcie. Jest nim Estonia, która dopiero 1 stycznia 2011 r. wejdzie do strefy euro.
Unijne rządy już pogodziły się z tą porażką i są gotowe na dyskusję o nowych zasadach dla strefy euro. Jako pierwsza propozycję zmian przedstawiła Komisja Europejska. Proponuje ona trzy nowości:od 2011 r. rządy nawzajem oceniałyby projekty swoich -bud-żetów narodowych przed ich przyjęciem przez narodowe parlamenty;
państwa nieredukujące swoich deficytów dostatecznie szybko byłyby zobligowane do wpłacania kar pieniężnych na specjalne oprocentowane konto. Pieniądze byłyby zwracane państwu dopiero, gdy deficyt zostanie zmniejszony;państwa recydywiści kolejny raz przyłapane na przekroczeniu maksymalnego progu deficytu (3 proc. PKB) byłyby odcinane od płatności z unijnego budżetu. Odcięcie byłoby automatyczne, a nie takie jak obecnie - uwarunkowane polityczną zgodą innych rządów (której jeszcze nigdy nie udało się uzyskać). Swój pomysł na zmiany zasad obowiązujących w strefie euro mają także Niemcy, najwięksi dawcy pomocy finansowej. Rząd kanclerz Angeli Merkel popiera pomysł odbierania funduszy unijnych państwom łamiącym dyscyplinę budżetową, ale dodatkowo jeszcze proponuje, by "recydywistom" czasowo odbierać prawo głosu w Radzie Unii Europejskiej. Niemcy proponują też, żeby każde państwo Unii zapisało we własnej konstytucji podobną regułę do tej, która już obowiązuje w niemieckiej - nakaz obniżenia deficytu do określonej daty. Ten ostatni pomysł już poparł prezydent Francji Nicolas Sarkozy.
- Zobaczymy, na ile te plany uda się wprowadzić, jak bardzo będą radykalne - mówi Pisani-Ferry. - Zgoda rządów na wzajemną ocenę budżetów to absolutne minimum, które musi być zaakceptowane. Co w tym złego, żeby konsultować projekt budżetu z partnerami z UE przed przesłaniem go do parlamentu? Niestety, nawet z tym niektóre rządy mają problem - konkluduje.