W kwietniu Polacy sprowadzili 65,9 tys. używanych samochodów osobowych - poinformowało Ministerstwo Finansów. W ciągu sześciu lat od akcesji do UE Polacy sprowadzili w sumie ponad 5,5 mln używanych samochodów, w lwiej części z UE. Przeciętnie co rok Polacy sprowadzają teraz ponad 920 tys. używanych aut, niemal osiem razy więcej niż wynosi przeciętna za 14 lat od transformacji gospodarczej w 1990 r. do akcesji do UE.
Sprowadzane do Polski używane auta to w większości leciwe pojazdy liczące ponad dziesięć lat. Nie spełniają nowoczesnych standardów bezpieczeństwa i ekologii.
Stowarzyszenie Europejskich Producentów Samochodów (ACEA) szacuje, że w 1995 r. aż 80 proc. sprzedaży nowych aut stanowiły paliwożerne pojazdy, które emitują co najmniej 160 g CO2 na100 km. W zeszłym roku w Europie Zachodniej takie pojazdy miały tylko 23-proc. udział w rynku nowych aut, a już jedną czwartą sprzedaży stanowiły przyjaźniejsze dla środowiska auta, które emitują poniżej 120 g CO2 na 100 km
Gdy wchodziliśmy do Unii, dochód narodowy na głowę przeciętnego Polaka przekraczał 10 tys. euro. Teraz jest to już 14 tys. euro. Ale nie widać, by ten wzrost zamożności Polaków po akcesji do UE przełożył się na większy ruch w salonach z nowymi
autami. Przez sześć lat naszego członkostwa w UE ani razu sprzedaż nowych samochodów nie osiągnęła poziomu sprzed akcesji. A rekord z 1999 r., kiedy Polacy kupili 632 tys. nowych aut, wydaje się marzeniem ściętej głowy.
W zeszłym roku kryzys dodatkowo uderzył w nasz motorynek - Polacy kupili ok. 270 tys. nowych samochodów, najmniej od czterech lat. I jako jedyne państwo UE w czasie kryzysu
Polska podniosła podatki na
samochody. Czy udało się w ten sposób planowane ekstra dochody dla najuboższych - gdy pytaliśmy o to Ministerstwo Finansów, okazało się, że fiskus nie posiada takich danych...
Tymczasem połowa państw UE w czasie kryzysu zdecydowała się na odnowę parku samochodowego. Kierowcy, oddający na złom auta, które mają ponad 10 lat, dostawali od rządów premie na nowe pojazdy - o bezpieczniejszej konstrukcji, bardziej ekologiczne i spalające mniej paliwa. Premie były tak konstruowane, by nie nadszarpnęły budżetów państw. Są też długofalowe korzyści - z ograniczenia wydatków na
import ropy naftowej, czy też zmniejszenia kosztów wypadków drogowych - które w Polsce według szacunków Banku Światowego wynoszą co najmniej 30 mld zł rocznie. To więcej niż koszty obecnej katastrofalnej powodzi.
Dystans motoryzacyjny między Polską a resztą UE pogłębia się. Przed miesiącem Komisja Europejska ogłosiła ramowy program modernizacji europejskiej
motoryzacji, stawiają na samochody czyste ekologicznie i o niskim zużyciu paliwa.
Jak ten europejski program chce zrealizować rząd? Jesienią 2008 r. premier powołał międzyresortowy zespół ds. wzrostu konkurencyjności przemysłu motoryzacyjnego, który działa pod egidą Ministerstwa Gospodarki. Dotąd zespół spotykał się sześć razy, ale efektów nie widać. W zeszłym roku zespół zajmował się propozycją wicepremiera Waldemara Pawlaka, aby wprowadzić opłaty ekologiczne zamiast akcyzy od aut. Akcyza jest naliczana od wartości samochodów, premiuje więc import aut jak najtańszych, czyli często mocno wyeksploatowanych. Opłata ekologiczna miała zaś premiować używanie aut, które zużywają mało paliwa i mają w spalinach jak najmniej trucizn.
Prace nad tą zmianą przed rokiem jednak zawieszono. "Z uwagi na problematykę budżetową związaną z kryzysem, brak jednoznacznego poparcia dla przedstawionych propozycji przez dwie komisje sejmu oraz nieprzychylny odbiór społeczny" - tłumaczy "Gazecie" resort gospodarki.
- Takie zmiany wymagałyby osobistego poparcia wicepremiera Waldemara Pawlaka. Ten zaś od dawna nie wspomina o zastąpieniu akcyzy opłatą ekologiczną. Widocznie mu nie zależy - powiedział "Gazecie" Wojciech Drzewiecki, ekspert branży samochodowej z firmy doradczej Samar.