Biznes Ludzie Pieniądze

Walka z powodziami po niemiecku na Odrze, Łabie

Bartosz T. Wieliński
25.05.2010 , aktualizacja: 25.05.2010 20:56
A A A Drukuj
- W Breisach w Badenii od 25 lat walczymy z gminą o budowę polderu. Przez Niemcy w tym czasie przeszło kilka wielkich powodzi, a burmistrz ciągle mówi nie - mówi prof. Emil Dister, niemiecki ekspert od walki z powodziami.
Powódź w Hamburgu w 1999 roku
fot. AP
Powódź w Hamburgu w 1999 roku
25 czerwca 1998 r. Brieskow-Finkenheerd, koło Frankfurtu nad Odrą. Ówczesny kanclerz Helmut Kohl odsłania obelisk poświęcony powodzi sprzed roku. Odra, która wcześniej zatopiła Racibórz, Opole i Wrocław, przerwała w tym miejscu wał po niemieckiej stronie. Przez 200-metrową wyrwę rzeka zalała dolinę. Pod wodą znalazło się ponad 6 tys. hektarów, w tym leżące przy rzece osiedle Ernsta Thalmanna. Kilkanaście kilometrów dalej pod Hohenwutzen w wale powstała kolejna wyrwa, ale dzięki bohaterstwu strażaków i żołnierzy Bundeswehry udało się ją załatać.

- Z naszych doświadczeń wynika, że trzeba oddać rzekom ich przestrzeń, bo inaczej wezmą ją sobie same - mówi kanclerz Kohl przy pomniku. Słuchający go samorządowcy i władze landu Brandenburgia są zaskoczeni. Zamierzali naprawić wały i odbudować zalane osiedla, mimo że powstały na terenach zalewowych. O oddawaniu Odrze czegokolwiek nikt nie chciał słyszeć.

- Żywioł pokazał taką siłę, że wstrząsnął Niemcami. Ale na krótko. Woda opadła, a ludzie wrócili do normalnego życia - wspomina Uwe Rada, dziennikarz berlińskiej "Tageszeitung". Gdy Niemcy zabrali się za naprawę wałów na Odrze, w sierpniu 2002 r. doszło do katastrofy na Łabie. Rzeka i jej dopływy zalały kilkadziesiąt miejscowości na południu Saksonii, niszcząc drogi, mosty, a nawet domy. 17 sierpnia zalała Drezno. Bezcenne zbiory miejskich muzeów uratowano cudem. Kataklizm, który ochrzczono mianem powodzi stulecia, pochłonął kilkanaście ofiar.

Program ochrony przeciwpowodziowej, który przyjęto w Saksonii po przejściu wielkiej wody, zakładał 1600 inwestycji. Koszt - 2 mld euro. - To nie do udźwignięcia naraz, to robota na pokolenia. Zabraliśmy się za najpilniejsze sprawy. Jedną pierwszych decyzji, którą podjęliśmy po powodzi, to bezwzględny zakaz budowy na terenach zalewowych - mówi Frank Meyer z saksońskiego ministerstwa środowiska.

Okazało się, że tuż po zjednoczeniu Niemiec inwestorzy z Zachodu zaczęli masowo zabudowywać tereny nad Łabą i jej dopływami, choć od dziesięcioleci zalewały je powodzie. - Inwestorzy z Zachodu uznali, że głupi Ossie marnotrawią teren. Przez inwestycje sytuacja jeszcze się pogorszyła, bo na zabudowanych terenach woda osiągała wyższe stany i wolniej opadała - wylicza prof. Emil Dister, specjalista od zapobiegania powodziom z Uniwersytetu w Karlsruhe.

Z tego powodu ze zbudowanej w latach 90. dzielnicy miasteczka Röderau władze Saksonii przesiedliły wszystkich mieszkańców. - Ze statystyk hydrologicznych wynikało, że będzie zalewana co kilka lat. To było miejsce nie do obrony - mówi Meyer. Na odszkodowania land wydał 40 mln euro, a ludzie i tak niechętnie opuszczali swoje domy. Prof. Dister: - W całych Niemczech są setki osiedli, które powinno się opuścić, bo koszty akcji ewakuacyjnych i odbudowy po powodzi są większe niż koszty wybudowania osiedla na nowo. Ludzie jednak stawiają opór, a im więcej czasu mija od powodzi, tym słabiej władze naciskają.

Saksonia rozbudowała też system zapór w górnym biegu Łaby, tak by wychwytywały więcej wody z opadów czy roztopów. W Niemczech wprowadzono też bardzo dokładny system ochrony przeciwpowodziowej. - Z dużym wyprzedzeniem wiemy o nadchodzącej wysokiej fali, dokładnie szacujemy też jej wysokość, tak by gminy i mieszkańcy mogli na czas się przygotować - mówi Meyer. Mieszkańcy okolic położonych nad rzekami mają dostęp do map ryzyka, na których oznaczono, jak wysokie może być zalanie.

W Niemczech powstają też nowe poldery, jak ten pod Eisenhüttenstadt, oraz wały - zwykle odsunięte od koryt rzek, tak by woda miała gdzie się wylać, tak jak w przypadku nowych wałów nad Łabą w pobliżu miejscowości Lenzen na pograniczu Dolnej Saksonii i Brandenburgii. Odległość między wałami wynosi tam 7 km, a woda w razie powodzi może zalać prawie 500 ha.

- Takie rozwiązania powinno się stosować w całym kraju, bo są najtańsze i najbardziej niezawodne. Nie ma żadnych śluz, czujników, po prostu woda rozlewa się między wałami, nie czyniąc nikomu krzywdy. Ale gminy nie godzą się na takie rozwiązania, bo tracą tereny i nic z tego nie mają. Wały przed powodzią chronią miejscowości położone niżej - wyjaśnia prof. Dister. Ćwierć wieku temu pojechał do Breisach w Badenii, by przekonywać mieszkańców do budowy zbiornika, który przyjmowałby nadmiar wody z Renu. - Kolejni burmistrzowie za punkt honoru postawili sobie, by nie dopuścić do jego budowy. Tymczasem Ren regularnie zalewa Kolonię - mówi profesor.

Rada wspomina: - Dokończenie budowy wałów wzdłuż Odry przez lata blokowało kilku rolników. Spór musiał rozstrzygnąć sąd. Władzom pomagają też ubezpieczyciele - nie chcą ubezpieczać domów wybudowanych na niechronionych terenach.

Są też miejsca w Niemczech, gdzie z powodziami próbuje się żyć. Hotelarze w urokliwej Szwajcarii Saksońskiej nie chcieli wałów na Łabie, bo psują krajobraz. Zbudowali hotele tak, by wszystkie ważne urządzenia trzymać na piętrze, a zapasy na parterze. Gdy poziom wody się podnosi, przenoszą je na górę, gdy opada - po prostu usuwają szkody i znoszą je z powrotem.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów