Komisja Europejska przekonuje, że skoro kraje UE redukują emisję gazów cieplarnianych znacznie szybciej, niż zakładano w 2008 r. (głównie wskutek spowolnienia gospodarczego), kiedy Unia zobowiązała się do ograniczenia emisji CO2 o 20 proc. do 2020 r., to należy pomyśleć o szybkim podniesieniu poprzeczki do 30 proc.
Ten ambitniejszy cel spotkał się już ze sprzeciwem m.in. Polski w 2009 r. i wielu ekspertom wydawało się, że ostatecznie upadł wraz z fiaskiem szczytu klimatycznego w Kopenhadze. Choć jednak komisarz UE ds. klimatu Connie Hedegaard wciąż się nie poddaje, to wczoraj kolejny cios zadali jej ministrowie
gospodarki Francji i Niemiec, którzy na wspólnej konferencji w Brukseli zaapelowali o "zrobienie przerwy" w naciskach za podwyższenie celów redukcyjnych.
- To nic nie pomoże ochronie klimatu, jeśli jednostronnie tylko Europa zrobi większy postęp - mówił niemiecki minister gospodarki Rainer Brüderle.
Paryż i
Berlin nadal formalnie popierają przyjęcie celu 30 proc., ale pod warunkiem, że
Chiny,
USA i inne duże kraje spoza UE zobowiążą się do współmiernego wysiłku na rzecz redukcji. Głównym maruderem, który każe pesymistycznie patrzeć na szanse szybkiego porozumienia, są Stany Zjednoczone.