O planowanym podniesieniu wieku emerytalnego poinformował w środę minister
pracy Éric Woerth w wywiadzie dla telewizji LCI. - Żadna decyzja nie została jeszcze podjęta, ale to logiczny krok. Skoro ludzie żyją dłużej, ich życie zawodowe także powinno trwać dłużej - stwierdził minister.
Podwyższenie wieku emerytalnego to kolejny sposób francuskiego rządu na walkę z nadmiernym deficytem i
długiem publicznym.
Francja nie jest zresztą osamotniona w swoich działaniach, podobne kroki planują inne kraje UE.
Niemcy już zapowiedziały, że do 2029 roku zamierzają podnieść minimalny wiek emerytalny do 67 lat.
Zapowiedź Woertha spotkała się z silną krytyką ze strony lewicowej opozycji i związków zawodowych, których jeszcze bardziej rozsierdziły wtorkowe komentarze prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy'ego.
Wiek emerytalny we Francji został obniżony z 65 do 60 lat w 1984 roku, była to jedna z kluczowych reform przeprowadzonych przez ówczesnego prezydenta Francji François Mitterranda, która do dziś jest uznawana przez lewicę za jej wielki sukces.
Tymczasem we wtorek Sarkozy na konwencji swojej partii UMP powiedział, że Francja miałaby znacznie mniej problemów, gdyby nie decyzja Mitterranda sprzed 26 lat i obniżenie przez socjalistów czasu tygodnia pracy do 35 godzin. Wzbudziło to wściekłość opozycji. Przedstawicielka socjalistów Martine Aubry, która była jedną z inicjatorek zmniejszenia tygodniowego czasu pracy, stwierdziła, że komentarze Sarkozy'ego nie licują z powagą urzędu prezydenta. Jak dodała, w 2008 roku sam Sarkozy opowiedział się przeciw podwyższeniu wieku emerytalnego.
Z mieszanymi uczuciami plan rządu przyjęła też część polityków rządzącej partii UMP, którzy otwarcie mówią, że reakcją związków zawodowych mogą być masowe protesty. Jeden z polityków partii powiedział w rozmowie z agencją AFP, że prezydent spodziewa się, iż na ulice może wyjść nawet 3 mln osób w proteście przeciw rządowej propozycji.