Biznes Ludzie Pieniądze

Jak dorzucić więcej unijnych pieniędzy na ochronę przed powodzią

Konrad Niklewicz, współpraca: Rafał Zasuń
27.05.2010 , aktualizacja: 26.05.2010 21:38
A A A Drukuj
Pomysł, by odebrać unijne pieniądze energetyce i przeznaczyć je inwestycje przeciwpowodziowe, już wywołuje kontrowersje. Ale łatwiejszych rozwiązań rząd nie ma
Powódź w miejscowości Świecie w Kujawsko-Pomorskiem
Fot. Jola Przywitowska / TOK FM
Powódź w miejscowości Świecie w Kujawsko-Pomorskiem


Powódź pokazała, że pół miliarda euro, jakie zaplanowano w unijnym budżecie na ochronę przeciwpowodziową w Polsce, to suma za mała. Ministerstwo Rozwoju Regionalnego będzie więc namawiać Komisję Europejską, by zgodziła się odebrać dotację (częściowo lub w całości) inwestycjom energetycznym. I uwolnione środki - ok. 300 mln euro - oddać inwestycjom hydrologicznym. Według informacji "Gazety" topór może spaść na rurociąg Brody - Płock oraz na most elektroenergetyczny Polska - Litwa.

Część ekspertów nie jest tym ostatnim pomysłem zachwycona. - To zbyt pochopna decyzja. Przecież większość tych pieniędzy miała iść nie na sam łącznik, tylko na rozbudowę sieci w północno-wschodniej Polsce - mówi "Gazecie" prof. Władysław Mielczarski koordynujący z ramienia UE połączenie polsko-litewskie. - Poza tym trzeba rozważyć konsekwencje międzynarodowe, pogorszenie stosunków z krajami bałtyckimi. Bo przecież praktycznie wypięlibyśmy się na nie - dodaje Mielczarski.

Ale inni eksperci przyklaskują. - Na miejscu rządu w ogóle bym się nie zastanawiał i te pieniądze przesunął - mówi "Gazecie" Jerzy Kwieciński, wiceminister rozwoju regionalnego w rządzie PiS.

Rząd ma jednak na głowie jeszcze jeden, poważniejszy problem. Zbyt powoli postępuje realizacja tych inwestycji przeciwpowodziowych, które uznano za "podstawowe" i które załapały się na unijną dotację.

- Dopiero w 2011 r. zakończy się cały proces podpisywania ostatecznych umów - przyznaje Adam Zdziebło, wiceminister rozwoju regionalnego.

Dlaczego tak późno? - Projekty są bardzo skomplikowane. A po drugie, te inwestycje, które zostały w 2007 r. wybrane do realizacji, okazały się słabo przygotowane. Np. nie miały przygotowanej oceny oddziaływania na środowisko. Jej przygotowanie w przypadku dużej inwestycji hydrologicznej to minimum rok - tłumaczy. - Wszyscy mają świadomość, że inwestycja musi być zakończona i rozliczona do końca 2015 r. My za beneficjentów nie możemy wbić pierwszej łopaty - mówi Zdziebło. - Jeżeli w ciągu miesiąca, licząc od dziś, nie zobaczymy postępu w przygotowaniach inwestycji, minister rozwoju regionalnego będzie wnioskować do ministra środowiska o zmiany personalne.

"Gazeta" sprawdziła na konkretnym przykładzie, skąd biorą się poślizgi. I trzeba przyznać: wiele z nich można racjonalne wytłumaczyć. Nie wynikają z "sabotażu" albo "zaniechania rządu". To raczej obowiązujące w Polsce (od lat!) przepisy oraz wyjątkowo nieszczęśliwy zbieg okoliczności spowodowały, że koparki dopiero teraz zaczynają pracować.

Potwierdzają to np. w Podkarpackim Zakładzie Melioracji i Urządzeń Wodnych (PZMiUW). Ta instytucja podlega władzom samorządu wojewódzkiego (a Podkarpackie jest jedynym regionem, w którym rządzi PiS).

Zakład ma kilka "unijnych" projektów: budowę wałów Wisłoki (wartość 89 mln zł) i przebudowę koryta rzeki Strug (42 mln zł). - Trzymamy się ustalonego harmonogramu. Ale przygotowania trwają tak długo, bo to droga przez mękę - opowiada Małgorzata Wajda, szefowa PZMiUW.

- Po pierwsze, blokują nas procedury przetargowe. Zdarzało się, że przetarg ogłaszaliśmy w marcu, a wykonawcę wybieraliśmy w listopadzie. Bo były protesty, niekończące się pytania od oferentów. Kolejna bariera to kwestia gruntów. Kiedy chcemy zacząć roboty, np. budowę wału, to jesteśmy w pozycji petenta, który musi błagać właścicieli działek o dostęp do terenu pod budowę - opowiada.

Problem trzeci: oceny oddziaływania na środowisko. W 2008 r. zmieniły się przepisy, polskie prawo zostało wreszcie dostosowane do wymogów unijnych. - I tę ocenę musieliśmy robić od nowa - mówi Wajda.

Na koniec swoje trzy grosze dorzuciła natura. W przypadku jednego projektu realizowanego przez PZMiUW w listopadzie 2009 r. udało się wreszcie wyłonić wykonawcę robót. Ale zanim zdążył wejść na teren budowy, zaczęła się zima. Wyjątkowo sroga w tym roku. - A jak już się skończyła, to terenu budowy podtopiły roztopy. Gdy wszystko wyschło, zaczęła się obecna powódź! - załamuje ręce Wajda. Ma nadzieję, że zła passa już się skończyła.



Pocieszające jest także co innego. Nawet jeśli jakiś projekt przeznaczony pod unijną dotację nie ma podpisanej ostatecznej umowy, to wcale nie znaczy, że nic się na nim nie dzieje. W niektórych inwestycjach już obecnie wydawane są nasze, polskie pieniądze. Przykład: system zabezpieczenia powodziowego Trójmiasta. - Gminy [Gdańsk, Sopot i Gdynia] deklarują, że już do tej pory wydały na jego budowę więcej pieniędzy, niż wynosi unijne dofinansowanie (50 mln zł). Więc w momencie, gdy podpiszą ostateczną umowę na dotację, będą mogły przesłać faktury za już wykonane prace i szybko uzyskać zwrot poniesionych kosztów - podkreśla Zdziebło.



Zapomogi dla powodzian też możliwe dzięki Unii.

Pieniądze unijne odegrają - pośrednio - kluczową rolę także w innej sprawie, związanej z powodzią. W pewnym sensie to właśnie dzięki unijnej kasie rząd może bez większej gimnastyki wypłacić powodzianom 2 mld zł odszkodowań. Ta kwota będzie bowiem wyjęta z rezerwy budżetowej przeznaczonej na finansowanie unijnych projektów. I bynajmniej nie oznacza to, że tych projektów zrealizujemy mniej. Na odwrót. Jak to możliwe? Tłumaczy minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska: - W budżecie na 2010 r. mamy zapisane 41 mld zł na finansowanie unijnych projektów. Z tej kwoty 27 mld zł jest w rezerwie celowej, a pozostałe 14 mld zł - w poszczególnych działach budżetowych.

Te pieniądze są potrzebne w budżecie, bo - w uproszczeniu - mechanizm udzielania dotacji działa tak, że instytucja realizująca inwestycję (np. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad) najpierw wydaje krajowe pieniądze, a dopiero potem, już z fakturą za wykonane prace, zwraca się o refundację do unijnego budżetu.

- Możemy teraz wyjąć te dwa miliardy z rezerwy, bo projekty unijne realizujemy szybciej, niż planowano, w związku z czym unijne refundacje spływają do nas szybciej. Będziemy więc mieli do dyspozycji tyle samo pieniędzy - tłumaczy Bieńkowska.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos