Rynki finansowe, ekonomiści, środowiska biznesowe są zachwycone kandydaturą Belki. - To ekonomista o autentycznej renomie. Kandydatura najlepsza z możliwych, wysoce merytoryczna, pozwala na pełne zapewnienie apolityczności
bankowi centralnemu. Będzie pozwalała na ściślejszą współpracę między NBP a Ministerstwem Finansów - nie krył radości minister finansów Jacek Rostowski po ogłoszeniu decyzji przez Bronisława Komorowskiego.
- Tej nominacji nie można postrzegać jako politycznej. Jego kompetencje nie podlegają dyskusji, jako przedstawiciel MFW jest doskonale znany europejskim decydentom i ma doskonałą wiedzę na temat problemów Europy i kryzysu finansowego - komentuje Lars Christensen, ekonomista Danske Banku.
- To ryzykowne zagranie Platformy. Wygląda na to, że szykuje sobie poważnego krytyka i adwersarza. Będzie z pewnością nawoływał do zacieśniania polityki fiskalnej, redukcji wydatków budżetu, deficytu i długu publicznego - stwierdził Bartosz Pawłowski, strateg walutowy
BNP Paribas w Londynie.
- Chapeau bas dla marszałka. Na sześcioletnią kadencję, praktycznie bez możliwości odwołania, zgłasza najlepszą osobę, jaką mamy, nie zważając na to, że reprezentowała ona inny obóz polityczny - dołącza się Bogusław Grabowski, były członek Rady Polityki Pieniężnej, kolega Belki z Wydziału Ekonomii Uniwersytetu Łódzkiego. Jego zdaniem otwartość Belki na ludzi, autorytet, którym się cieszy, umożliwi przyciągnięcie do banku najlepszych ludzi.
Pierwszy raz w rozgrywce o fotel szefa NBP Marek Belka pojawił się już w 2000 r., na liście kandydatów prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego (ostatecznie powołał na prezesa prof. Leszka Balcerowicza).
Belka wypłynął na szerokie wody polityki z lewej strony. Dziś jego kandydatura to gest marszałka Komorowskiego w stronę lewicy, zwłaszcza tej bardziej liberalnej, związanej z Aleksandrem Kwaśniewskim.
Belka przez lata doradzał Kwaśniewskiemu, w międzyczasie był ministrem finansów w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza, a potem Leszka Millera. W tym drugim wytrzymał jedynie niecały rok. Udało mu się wprowadzić podatek od zysków kapitałowych po dziś zwany
podatkiem Belki. Ale konflikty z Millerem i jego prosocjalnymi ministrami wypaliły go. Do tego premier ostro wojował z
bankiem centralnym i RPP, próbując wymusić obniżki stóp. Rezygnację Belka wyjaśnił prostym sformułowaniem: Nie będę się kopał z koniem.
Ale dwa lata później, gdy upadł rząd Millera, Kwaśniewski powierzył mu tekę premiera. - Teraz to ja jestem koniem - stwierdził z szelmowskim uśmiechem.
To był ostatni moment, kiedy Belkę można było wprost kojarzyć ze środowiskiem lewicy. Jeszcze jako szef lewicowego rządu zadeklarował gotowość poparcia Partii Demokratycznej, był widywany na jej spotkaniach. W końcu całkiem uwolnił się od polityki.
Dziś jest mocno rozpoznawalny za granicą. Karierę w międzynarodowych instytucjach zaczął w 2003 r. Był członkiem międzynarodowych władz w Iraku, gdzie odpowiadał za gospodarkę. Krytycy zarzucają mu, że nie udało mu się zapewnić Polsce wymiernych korzyści ekonomicznych.
Od 2006 r. pracował w komisji gospodarczej ONZ ds. Europy, a od początku 2009 r. na arcyważnym stanowisku w Międzynarodowym Funduszu Walutowym - dyrektora departamentu europejskiego. Współodpowiadał za opracowanie pakietów pomocowych dla państw strefy euro. W bezpośrednich kontaktach nie jest wylewny, ale za to potrafi odpowiedzieć ciętą ripostą. Poza "kopaniem się z koniem" zasłynął kilkoma innymi wyznaniami:
- Jenifer Lopez też znam, tylko w innym charakterze - odpowiedział Zygmuntowi Wrzodakowi, gdy ten dopytywał, czy zna Joao Talone, byłego szefa Eureko.
- To jest moja teczka, mam w niej jabłko, które zaraz zjem. Natomiast tamto, to nie jest żadna moja teczka, tylko to jest teczka esbecka, w której gromadzono materiały na mój temat - odpowiadał dziennikarzom na pytania o współpracę z SB.
Marek Belka ma 58 lat, żonaty, ma dwoje
dzieci. Lubi podróże, zbiera kapelusze.