Biznes Ludzie Pieniądze

A może by tak... własny teatr? Prywatka z Melpomeną

Artur Włodarski, Sylwia Śmigiel
31.05.2010 , aktualizacja: 07.06.2010 14:32
A A A Drukuj
To chyba najbardziej szalony pomysł na biznes. Już Jerzy Grotowski, wizjoner i reformator teatru twierdził, że to nie może się udać.
Krystyna Janda w spektaklu
Krystyna Janda w spektaklu "Kobieta zawiedziona" w reżyserii Magdy Umer na deskach Teatru Powszechnego w Warszawie, kwiecień 1994
Faktycznie, teatr to nie apteka, sklep z butami czy zakład pogrzebowy. Świetnie można się bez niego obyć, co przyzna połowa Polaków, która nigdy nie uległa urokom Melpomeny. A ta musi konkurować dziś z 10. i 11. muzą. Walczyć nie tylko o nasze pieniądze, ale i czas. W telewizorze mamy już nie 5, ale 500 kanałów. Mamy DVD z ostrym jak brzytwa obrazem i wielokanałowym dźwiękiem. No i mamy Internet, w którym jest wszystko. Po co więc komu teatr? Zwłaszcza w kryzysie? Tyle że właśnie teraz teatry wyrastają jak grzyby po deszczu. Jak to możliwe, że wychodzą na swoje? I to prywatne? By to ustalić, udaliśmy się do kilku z nich.

1. Agencja Gudejko czyli teatr bez sceny

To największa i najstarsza taka firma w Polsce. Od 10 lat produkuje spektakle lekkie, łatwe i przyjemne. Mieści się w zagłębiu filmowym przy Chełmskiej w Warszawie. Zjawiamy się tam w środku castingu i dyskusji "co tu zrobić, by jeden aktor mógł grać w dwóch teatrach naraz". Musimy ewakuować się do salki na uboczu, gdzie Jerzy Gudejko i menedżer agencji Karola Bytner przekonują nas, że pozorna wada może być zaletą

Co sprawiło, że nie macie własnej sceny?

- Stres. Ciągłe sprawdzanie, ile biletów poszło, ile osób przyszło, czy dach przecieka i czy starczy na czynsz... To nie dla mnie - Gudejko kręci głową. - Wolę zapłacić za salę, mieć mniej pieniędzy, ale i mniej zmartwień.

Trudno ją wynająć?

- Zależy. Za młodu zjeździłem Polskę z monodramem. Sprzęt? Dwa radzieckie reflektory na tylnym siedzeniu malucha. Podłączałem i grałem dla trzech lub 300 osób. Nie było problemu.

Teraz scenografia jeździ ciężarówką, a my jesteśmy skazani na duże sale. Tych jest mało. Teatr z renomą da radę, ale nowemu, bez sukcesów i historii trudno będzie wynająć dużą salę w dobrym czasie.

Sukces to

- kiedy znowu jedziemy z tą samą sztuką w to samo miejsce i sala jest pełna. Udaje się, bo wciąż otwieramy sceny cykliczne w kraju. W Warszawie gramy głównie w Bajce i Kapitolu.

A poza nią? Jak zdobywacie zamówienia?

- Kiedyś wysłałem kilkaset faksów - Bytner pokazuje mapę z mnóstwem punkcików. - Kilka do mnie wróciło i tak się zaczęło. A czasem inicjatywa wychodzi z zewnątrz. Np. pani Agnieszka z Poznania - rok temu była na naszym spektaklu i tak się jej spodobał, że ściągnęła nas z całym repertuarem. By pokazać koleżankom.

Wpada współpracownik i pyta Gudejkę, czy pamięta o spotkaniu, na które muszą lecieć.

Zdarzają się niespodzianki?

Bytner uśmiecha się niewyraźnie. - Graliśmy na zamkniętej imprezie dla 200 tenisistek. Był bankiet, a po nim "Goło i wesoło". Tenisistki nie dały aktorom zagrać drugiego aktu. Wdarły się na scenę, wpychały im pieniądze za majtki, krzyczały, by się rozbierali. Trzeba było skrócić występ...

Skąd pewność, że gdzieś w Polsce wasz występ nie okaże się klapą?

- To ryzyko organizatora, z którym mamy umowę - Gudejko usiłuje wyciszyć komórkę. - Musi zapełnić salę, pokryć koszty przejazdu, opłacić ZAiKS i hotel. My ryzykujemy tylko przy produkcji spektaklu.

Kiedy spektakl zaczyna zarabiać?

- Amerykanie to policzyli: przy 350 miejscach na widowni i 50 powtórzeniach. I faktycznie, przy 49 czy 51 zwracały się nam koszty. Ale by było tyle powtórek, spektakl musi być świetny.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    32 głosy