- Gdybym był w dalszym ciągu premierem, to ten
budżet byłby już znowelizowany - mówi. Tłumaczy, że nie chodzi o zwiększanie deficytu budżetowego, ale o przesunięcia. Bo pieniędzy w
budżecie jest więcej, niż planowano.
Czy tak jest - na razie nie wiadomo. Dzięki wyższemu
wzrostowi gospodarczemu wpływy z podatków mogą być większe, niż zakładano. Dodatkowo budżet zasilą prawie 4 mld zł z zysku NBP. Dzięki temu deficyt może być niższy od zakładanych 52,2 mld zł nawet o 10 mld zł. Jednak to tylko prognozy.
Kandydat PiS na prezydenta już chce dać te pieniądze powodzianom. Rząd odpowiada: Policzmy najpierw, ile powódź będzie nas naprawdę kosztowała, bo dziś jeszcze nie wiadomo. Co więcej, nie ma nawet połowy roku. Nie wiadomo, czy i jak uderzy w nas jeszcze
kryzys gospodarczy. I jakie będą wtedy dochody
budżetu i deficyt. Trzeba działać ostrożnie, żeby nie wywrócić finansów państwa.
Na nowelizację jest jeszcze czas. Jeśli pieniędzy na walkę ze skutkami powodzi rzeczywiście zabraknie, rząd pewnie nie zawaha się przed przesunięciami (na razie ma na to z różnych rezerw grubo ponad 2 mld zł). Po co więc dramatycznie wołać o nowelizację już teraz?
Proste - bo wielkimi krokami idą wybory. I Kaczyński próbuje pokazać, jak mu leży na sercu los powodzian.
W czwartek woda zalała także mój dom, ale ostatnią rzeczą, o jakiej myślę, jest nowelizacja budżetu. Zresztą gdyby od niej miała zależeć pomoc dla powodzian, musieliby na nią czekać wiele tygodni (potrzeba zgody Sejmu, Senatu i prezydenta). Gadaniem o nowelizacji Kaczyński głosów powodzian nie zdobędzie.
A może chce pomóc rządowi? Mógł to zrobić wcześniej. Realnie. Choćby przekonując członków Rady Polityki Pieniężnej z nadania prezydenta i PiS oraz sympatyzującego z nimi byłego szefa NBP, by zwiększyć wpłaty do budżetu z zysku banku centralnego. Nawet do 8 mld zł.
O takie pieniądze rząd zabiegał. Przy dobrej woli części RPP i prezesa NBP mógł je dostać. Miałby teraz większą możliwość manewru.
Tyle że nie o to przecież Kaczyńskiemu chodzi.