Maciejowi Dyjasowi na pewno to określenie się nie podoba. Kim jest człowiek, którego boją się centra handlowe, wydawcy książek, firmy fonograficzne i filmowe oraz dystrybutorzy prasy?
Dyjas jest niski. Konkretny. Jeśli liczby się zgadzają, robi interes. Jeśli nie, to nie. Jest urodzonym menedżerem.
- Jego spółki nas mordują - oskarżają go kontrahenci. - Narzucają nam chore warunki płatności. Zdzierają z nas skórę.
- To dlaczego z nim handlujecie? - pytamy.
- Bo wypadnięcie z jego sieci sprzedaży to samobójstwo - wyznają szczerze.
Kiedy rok temu pojawił się kryzys i z dnia na dzień czynsze w centrach wzrosły o 40 proc., spółki handlowe załamywały ręce i zastanawiały się, co robić. Handlowcy Dyjasa w tym samym momencie zaciekle negocjowali obniżkę czynszów. Z sukcesem.
Rozmawiamy świeżo po awansie Dyjasa na stanowisko prezesa firmy inwestycyjnej Eastbridge. Teraz zarządza majątkiem w wysokości 1,3 mld euro.
Jego biuro jest zaskakująco skromne. Żadnych luksusów, to tylko zwykły biurowiec. Aby tu trafić, potrzebna jest długa instrukcja: "główne wejście od ulicy Marszałkowskiej zlokalizowane w łączniku między budynkami WARS i SAWA, windą na III piętro, z windy w lewo do końca korytarza. Za szklanymi drzwiami pierwsze drzwi po lewej stronie to drzwi do biura Grupy Eastbridge".
Firma zarządza nieruchomościami w Europie Środkowo-Wschodniej i
USA. Jej najbardziej znanym składnikiem majątku jest jednak notowany na polskiej
GPW Empik Media & Fashion (przed awansem Dyjas był jego prezesem). Przeciętny człowiek, słysząc Eempik, myśli - książki i płyty. To jednak trochę tak, jakby stwierdzić, że filharmonia gra na skrzypcach. Owszem gra, ale skrzypce to tylko jej fragment.
- Z pańskiego okna widać centrum handlowe Złote Tarasy. Gdyby miał pan tak stanąć i powiedzieć, jakie państwa marki tam są - pytamy.
- Mamy Empik, mamy Smyk, mamy New Look, Mango, Esprita, Bossa, Aldo, Wallis, Mexa. Coś jeszcze tam mamy, ale zapomniałem. Pamiętam, że mamy w Złotych Tarasach 11 sklepów, ale naliczyłem dziewięć.
- Palmersa?
- Tak Palmersa też. Takie wymienianie zawsze mi przychodzi z trudnością. Pamiętam, że w Złotych Tarasach brakuje nam miejsca na River Island, który jest w Galerii Mokotów i Arkadii.
EM&F to w sumie 662 sklepy i punkty usługowe w kraju i za granicą. Jako jednej z nielicznych spółek związanych z Polską - obok Ingloita i LPP - udało się im rozwinąć działalność za granicą. Ma np. ponad 40 sklepów z zabawkami dla dzieci w Niemczech.
Polak? Niemiec? Po pańskim awansie w prasie przeczytaliśmy: "spektakularny awans Polaka" - Po połowie. Moja mama była Polką, mój ojciec mieszkał w wielu krajach. Moja żona jest Niemką. Dzieci mówią bezakcentowo w dwóch językach. Ale rodzina mieszka tu w Polsce, bardziej się czują związani z Warszawą niż z okolicami Stuttgartu, skąd pochodzi żona. W sumie... środkowoeuropejscy jesteśmy.
Do Polski pan wrócił? - W 1994 roku. Dlaczego? - W Niemczech po studiach zatrudniłem się w firmie konsultingowej, która była związana z Hewlett-Packard. Eastbridge wynajęło mnie, żebym został dyrektorem odpowiedzialnym za logistykę. Miałem kontrakt na rok. Mówiąc szczerze, chciałem tylko zobaczyć, jak wygląda
Polska po przemianach i wracać z powrotem do Niemiec. Ale mi się spodobało w firmie. Eastbridge miało wtedy przedstawicielstwo firmy L'Oréal w Polsce oraz sporo przedstawicielstw luksusowych kosmetyków. Inwestowaliśmy w wodę.