W ubiegłym miesiącu
Google przyznał, że w trakcie fotografowania ulic do swojego serwisu planów miast "niechcący" wszedł w posiadanie danych z prywatnych sieci
wi-fi w 30 krajach. Google twierdzi, że zdał sobie z tego sprawę dopiero wtedy, gdy niemieckie władze zaczęły się tym interesować.
Australijskie śledztwo koncentruje się na odpowiedzi na pytanie, czy Google złamał tamtejsze prawo telekomunikacyjne, które zabrania dostępu do prywatnych sieci wi-fi bez autoryzacji.
- Popełniliśmy wielki błąd - powiedział szef Google Eric Schmidt. W ciągu miesiąca powinno się wyjaśnić, jak doszło do nielegalnego szpiegowania. Między innymi - czy szpiegowskie oprogramowanie było indywidualną inicjatywą pracownika, czy powstało na polecenie zwierzchnika. Pracownicy Google mogą 20 proc. swojego czasu poświęcać na własne projekty.
Google rozpoczął już przekazywanie danych z nielegalnego elektronicznego "nasłuchu" władzom poszczególnych państw. W pierwszej kolejności dane otrzymają władze Niemiec, Francji i Hiszpanii. Niektóre kraje, w tym
Niemcy, zastanawiają się, czy nie wytoczyć koncernowi sprawy sądowej ,
pisze "New York Times"