Fabryka Fiata w Tychach. Produkcja staje, bo huta w Sandomierzu przestała dostarczać szyby. Nie pracuje, bo walczy z zalewającą ją falą. Ale nawet gdy problem mija, Fiat szyb nie otrzymuje, bo z kolei zalane są drogi dojazdowe. Trzeba czekać, aż i tam woda opadnie.
Dużo mniejszy Sokpol Koncentraty z miejscowości Zagłoba koło Kazimierza Dolnego musiał zawiesić produkcję. Nie dość, że woda wdarła się do zakładów i oczyszczalni ścieków, to jeszcze nie ma komu zająć się przywracaniem sytuacji do normy, bo pracownicy w większości ratują swój dobytek z podtopionych domów.
Ulewa, która na początku czerwca nawiedziła stolicę, zalała piwnice w domu pana Piotra. Zamokło wszystko do wysokości 120 cm: piec gazowy ogrzewający dom i wodę w kranach, samochód, nowa pralka.
I tak jest w dziesiątkach tysięcy miejsc. Do ubezpieczycieli zgłosiło się już 110 tys. osób i 5 tys. firm.
Na krótką metę woda z przelewających się przez wały rzek, osuwiska i deszczówka zalewająca piwnice budynków oznaczają paraliż gospodarczy. Budowy i fabryki stoją, zasiewy na polach są zniszczone.
Ekonomiści Invest Banku próbowali policzyć, jak wielki to może mieć wpływ na PKB. Straty związane z pierwszą falą mogą wynieść około 10 mld zł. Po drugiej fali mogą być nawet wyższe o jedną czwartą.
• Pod wodą znalazło się 400 tys. hektarów (3 proc.) pól uprawnych, nieco mniej niż w 1997 r. Straty w rolnictwie mogą sięgnąć 1,5 mld zł.
• Firmy sprzedadzą mniej, niż mogłyby, gdyby woda nie opóźniała bądź uniemożliwiała dostaw, a wszystkie przedsiębiorstwa działały bez zakłóceń - dynamika sprzedaży w maju może być z tego powodu gorsza o 1-1,5 pkt proc.
• Przy ulewnych deszczach, które trwały przez większą część maja, trudno budować. Pogoda była dwa razy częściej zgłaszaną barierą w budownictwie niż w ubiegłym roku. Invest Bank szacuje, że gdyby nie aura, dynamika produkcji budowlanej mogłaby być o 1-2 pkt proc. wyższa.
• Kto walczy z powodzią, przestaje robić duże zakupy. Nie stroi się, nie upiększa, nie rozgląda za nowym autem. Podstawowe produkty żywnościowe, woda mineralna, peleryny od deszczu, środki na komary - tylko tego nie może zabraknąć. Wzrost sprzedaży detalicznej może być o 0,5 pkt proc. mniejszy.
Ale zniszczenia to tylko jedna strona medalu. Druga to ratowanie dobytku, odbudowa, naprawa, wymiana na nowe.
Zaczyna się od wypompowania wody. Nie każdy czeka na strażaków. Taki gigant jak Kompania Węglowa kupiła własne wysokowydajne pompy. Łącznie na akcję przeciwpowodziową wydała już kilkanaście milionów złotych.
Potem wyrzucamy to, co nie nadaje się już do niczego. Stałym, "wczesnopopowodziowym" elementem krajobrazu są wielkie kontenery jak na budowach, do których trafiają rozmoknięte meble, zniszczone dywany, klepki z podłóg, zepsuta żywność, książki. Wywóz śmieci to pierwsza działalność usługowa, która odczuwa poprawę koniunktury.
Lada chwila rozchwytywane będą te firmy, które osuszają budynki, małe firmy budowlane i remontowe, fachowcy sprawdzający instalacje. - Oczywiście gros prac ludzie będą starać się wykonać własnymi rękami, ale nie zawsze to będzie możliwe - ocenia Jakub Borowski, główny ekonomista Invest Banku.
Zdaniem Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, szefowej ekspertów PKPP Lewiatan, część środków normalnie przeznaczonych na konsumpcję ludzie będą przesuwać na cele inwestycyjne. Dlatego w rachunku PKB tzw. konsumpcja prywatna może rozwijać się nieco wolniej.
Potem powodzianie będą kupować niezbędne sprzęty do domów. Meble, sprzęt RTV i AGD. Przyspieszy to wymianę części urządzeń, tak jak Boże Narodzenie może przyspieszać sprzedaż płaskich telewizorów. W końcu część powodzian ruszy do komisów i salonów samochodowych po nowe auta (jeśli zalany samochód był ubezpieczony, to zwrot pieniędzy może potrwać do kilku tygodni).
- Ludzie będą chcieli jak najszybciej przywrócić domy do stanu bliskiego wyjściowemu - oceniają ekonomiści. To oznacza, że część z nich prawdopodobnie poświęci na to urlop. Branża turystyczna ma więc powody do narzekań: wybuch wulkanu i słabszy złoty zniechęcają do wypoczynku za granicą, powódź i drożejąca benzyna nie napędzą ruchu turystycznego w kraju.
Państwo już zaczęło wypłacać Polakom zasiłki: 6, 20 i 100 tys. zł w zależności od zniszczeń. Powoli ruszają też programy odbudowy infrastruktury: łatanie dróg, wzmacnianie wałów, budowa nowych obiektów przeciwpowodziowych. Na przykład Ministerstwo Rozwoju Regionalnego i Lasy Państwowe podpisały umowę na budowę 3,3 tys. małych zbiorników retencyjnych. Wartość projektu to 200 mln zł.
Naprawa dróg i torów może pochłonąć 2 mld zł. Zanim jednak te pieniądze wzmocnią nasz wzrost PKB, upłynie nieco czasu: najpierw muszą być rozstrzygnięte przetargi. Same projekty też będą czasochłonne. Wpływ odbudowy infrastruktury na PKB będzie więc rozłożony w czasie.
A co ze wzrostem cen? Biorąc rzecz na chłopski rozum, jeśli zapotrzebowanie na jakiś towar lub usługę wzrasta, to wzrasta też jego cena. Ekonomiści sądzą jednak, że to będą zjawiska lokalne.
Inaczej jest z żywnością. Wprawdzie minister rolnictwa Marek Sawicki zapewnia, że powódź nie spowoduje drożyzny, to jest ona tylko dodatkowym czynnikiem, który wpływa na wysokość zbiorów i ceny. - Podstawowym jest niska temperatura i deszcze. Właśnie przez pogodę pleśnie czy choroby grzybowe atakują uprawy, a rolnicy nie mogą temu zaradzić, opryskując pola - mówi Krystyna Świetlik z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.
W dodatku, jak wyjaśnia Małgorzata Skoczewska, rzecznik rynku hurtowego w Broniszach, przez deszcz i chłody w wielu sadach bardzo słabe były obloty pszczół i kwiaty nie zostały zapylone. A to znaczy, że zbiory owoców będą kiepskie. - Nawet bez powodzi ceny byłyby wyższe - mówi Świetlik.
Gospodarka to olbrzymia, skomplikowana machina, w której wszystkie trybiki wzajemnie się zazębiają. Kręcą się do przodu, do tyłu, a efekt końcowy? - Wzrost PKB w II kwartale będzie o 0,3 pkt proc. mniejszy niż w I kwartale. Potem odbudowa ten ubytek zrekompensuje - uważa Piotr Kalisz, główny ekonomista CitiHandlowego. Jakub Borowski oblicza, że ostatecznie możemy być 0,3 pkt proc. do przodu.