Na pozostałych Europejczykach zapewne nie zrobi on wielkiego wrażenia: Brytyjczycy, Włosi, Hiszpanie i inni już pracują do 65 lat, a niemiecki rząd szykuje się nawet do opóźnienia emerytur do 67. roku życia. Ale dla wielu Francuzów 60 lat to świętość wywalczona trzy dekady temu za rządów socjalistycznego prezydenta François Mitterranda.
- To niesprawiedliwa i krótkowzroczna reforma, prawie prowokacja. 85 proc. jej ciężaru spadnie na pracowników - ocenił François Chéreque, sekretarz generalny związku zawodowego CFDT w rozmowie z dziennikiem "Le Figaro". Związkowcy na 24 czerwca szykują strajk generalny. Najgorętsza batalia o reformę rozegra się zapewne po wakacjach. Wtedy strajki, jak to we Francji bywa, mogą ciągnąć się tygodniami.
Rządowy projekt przewiduje nie tylko podwyższenie wieku emerytalnego, ale też okresu składkowego, po którym można przejść na pełną emeryturę. Dziś to 40,5 roku, ma być 41,5. Zlikwidowana zostanie także część przywilejów pracowników sektora publicznego, np. matki trójki
dzieci nie będą już mogły przechodzić na emerytury po 15 latach
pracy. Pracownicy państwowi będą też płacić składki w wysokości 10,55 proc. pensji, tak jak sektor prywatny, zamiast dzisiejszych 7,85 proc.
Reforma jest konieczna, bo francuskiemu systemowi emerytalnemu, w którym obecnie pracujący łożą na rodziców i dziadków, już brakuje 32 mld euro (szacunki rządu na 2010 r.). Ta dziura będzie się powiększać w dramatycznym tempie, bo nad Sekwaną pracuje się wyjątkowo krótko (średnio 59 lat, a europejska średnia to 61), a żyje wyjątkowo długo (80,7 roku; nieznacznie dłużej żyją w UE tylko Hiszpanie i Szwedzi).
Wiadomo jednak, że reformę będzie bardzo trudno przepchnąć. Nicolas Sarkozy w 2007 r. przeforsował likwidację części przywilejów emerytalnych sektora publicznego np. kolejarzy. Już wtedy pod naciskiem związków musiał jednak nieco rozwodnić swój projekt.
Teraz znowu dobiera się do przywilejów sektora publicznego. Zlikwidowane mają zostać grupy, którym z powodu uciążliwości pracy należą się wcześniejsze emerytury. Zamiast tego każdy będzie musiał sam wykazywać, że
praca mu zaszkodziła.
Na osłodę rząd proponuje, by zmiany weszły w życie dopiero w latach 2018-20. Jako ukłon w stronę związków chce też podnieść podatki bogatym, by znaleźć środki na emerytury. Najwyższa stawka PIT ma wynosić 41, a nie 40 proc., wzrosną też podatki od zysków kapitałowych i z akcji pracowniczych oferowanych na preferencyjnych warunkach.
Od tego, czy i w jakiej postaci reforma przejdzie, w dużej mierze będzie zależał los Sarkozy'ego. W 2007 r. zdobył prezydenturę, przedstawiając się jako reformator francuskiej gospodarki. Dotychczas zmienił zbyt mało, by móc chwalić się osiągnięciami. Tymczasem już w 2012 r. czeka go walka o reelekcję.