Biznes Ludzie Pieniądze

Młodzi przedsiębiorcy w koleinach rutyny

Artur Włodarski
17.06.2010 , aktualizacja: 17.06.2010 13:47
A A A Drukuj
W tym roku zostaliśmy zdeterminowani przez bardziej standardowe, "cepeliowskie" projekty - mówi Sonia Wędrychowicz-Horbatowska, przewodnicząca rady Fundacji Młodzieżowej Przedsiębiorczości, wiceprezes zarządu banku Citi Handlowy 
Sonia Wędrychowicz-Horbatowska, wiceprezes Citibank
Sonia Wędrychowicz-Horbatowska, wiceprezes Citibank
Artur Włodarski: Przed chwilą zakończyły się prezentacje najlepszych polskich miniprzedsiębiorstw w ramach konkursu „Produkcik 2010”. Pierwsza refleksja?

Sonia Wędrychowicz-Horbatowska: Jestem pod wrażeniem zaangażowania młodzieży i nauczycieli w ten projekt - taka dawka pozytywnej energii przyciąga mnie na ten konkurs co roku. Ale mam też pewną refleksję: patrząc na tegoroczne produkty i projekty, nie widzę wyraźnego postępu. Wyroby ręczne, kartki świąteczne, kolczyki, biżuteria, ozdoby powtarzają się co roku. Nie było natomiast pomysłów związanych z internetem, z komunikacją mobilną, czyli tego, czym młodzi żyją na co dzień. I takich, które miałyby szansę zaistnieć dłużej, również po skończeniu programu. Jak np. pokazywana w zeszłym roku zgniatarka do plastikowych butelek. Uczniowie wymyślili ją, rozrysowali, dali do kowala. Świetny, praktyczny, ekologiczny produkt. Wiem, bo sama kupiłam. Martwi mnie też, że jest tak mało usług - zaoferowały je tylko trzy firmy spośród 30.

Z czego wynika ten twórczy marazm?

- Między innymi z tego, że ten program jest ograniczony tylko i wyłącznie do działalności na terenie szkoły. Młodzież ma przez to niewielkie szanse rozwinąć skrzydła i pokazać coś bardziej innowacyjnego niż wyroby kojarzące się z Cepelią. Ma też mniejsze szanse na zwycięstwo z podobnymi firmami z Europy Zachodniej.

Największe wrażenie?

- Zrobiła na mnie grupa z Katowic, ze szkoły dla uczniów z różnymi dysfunkcjami. Jak oni występowali na tej scenie! Z jaką determinacją! Ileż barier musieli pokonać, również takich mentalnych! Ta grupa jest moim prywatnym zwycięzcą [miniprzedsiębiorstwo NudleMax zdobyło III miejsce].

A prócz tego? Zegary z płyt - coś nowego, czegośmy wcześniej nie widzieli [gdańska Winylownia nie zdobyła nawet wyróżnienia].

Wiele grup uciekło niestety w nomenklaturę marketingową i wyświechtane slogany typu „satysfakcja konsumenta”. Np. młodzi wydawcy gazety w kółko mówili o niej „produkt”, a o czytelniku „klient”. Podejrzewam, że jeśli ktoś brnie w nomenklaturę, to brnie też w szablony. Chętniej będzie szedł przetartym szlakiem, niż wytyczał nowe.

- Faktycznie spośród 30 zespołów tylko kilka się wyróżniało. Standardem jest, że stoją cztery osoby i recytują wyuczone teksty. Po części z tego, że zespoły mają tylko po trzy minuty na prezentację. W takim czasie trudno zawrzeć historię przedsięwzięcia. A co dopiero dodać coś od siebie. Najłatwiej nauczyć się więc wszystkiego na pamięć. Wiele osób wciąż sądzi, że to najlepszy, bo sprawdzony i bezpieczny sposób.

Większość czytała swoje kwestie z kartki. Co pani może im poradzić?

- Działam w biznesie już 16 lat i wiem, że lepiej powiedzieć coś własnymi słowami, prosto, z humorem i choćby z zająknięciem, ale będzie to przynajmniej naturalne i prawdziwe, a przez to przekonujące.

Jedna z prezentacji składała się z samych, niespójnych zresztą sloganów. W dwóch przypadkach trudno było się zorientować, co w ogóle jest produktem. W kilku kolejnych też widać było ewidentny przerost formy nad treścią.

- Myślę, że musimy wspólnie z nauczycielami popracować, by to zmienić. Wciąż pokutuje u nas, że najlepiej jest rozpisać role na sztywno i wyrecytować je od A do Z. Trzeba się wyrwać z takiej konwencji i stworzyć więcej miejsca na spontaniczność. Mamy pomysły, jak w tym pomóc w ramach Fundacji Młodzieżowej Przedsiębiorczości.

Co po tych prezentacjach można powiedzieć o naszej młodzieży?

- Budujące jest, że co roku powstaje u nas prawie 500 firm. Próbują, tworzą konkurują. Chce im się. Nieocenione są doświadczenia, które zdobywają. No i coraz lepiej wychodzi im to, z czym generalnie jako naród mamy problem: współpraca. To widać podczas rozmów na stoiskach. Widać czy są teamem, czy nie. Czy się zagłuszają, czy wspierają. Tutaj 8 grup na 10 nie miało ze współpracą problemu.

Chyba wiele zależy od szefa.

- Właśnie. Często zadawałam pytanie, dlaczego wybraliście tę, a nie inną osobę na prezesa. Odpowiedzi były różne: bo potrafi nas zagonić nas do pracy, rozwiązywać konflikty, bo jest mądry i wyważony. Dużo pozytywnych cech, które bazują na kompetencjach i wartościach. To ciekawe o tyle, że jak rozmawiamy z dorosłymi, to ci często zwracają uwagę na całkiem inne rzeczy: nazwisko, wykształcenie, poglądy, koneksje. Czyli taką otoczkę, która nie ma dla młodych znaczenia. Młodych interesuje istota rzeczy, sedno kompetencji, które zapewniają sukces. Takie podejście jest świeże i prawdziwe.

Jak pani ocenia sam konkurs?

- Pomysł jest świetny, na początku był wręcz rewolucyjny. Problem w tym, że od tego czasu świat się bardzo zmienił. Ten konkurs powinien bardziej otworzyć młodych na innowacyjne pomysły. Sprawić, że będą bardziej szli z duchem czasu. Tymczasem panuje przekonanie, że jak kiedyś wygrywały firmy robiące koraliki i kartki świąteczne, to tak już będzie zawsze. Błąd. Nie te czasy. W sumie to może i dobrze, że ten finał nie obfitował w spektakularne pomysły i rewelacyjne, innowacyjne prezentacje, bo widząc wyraźnie słabsze strony konkursu, łatwiej o impuls do konstruktywnych zmian, w które jako członkowie rady fundacji chcemy osobiście się zaangażować.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów