Biznes Ludzie Pieniądze

M. Belka dla ''Gazety'': Nie będzie żadnych awantur za mojej prezesury

Rozmawiała Patrycja Maciejewicz
17.06.2010 , aktualizacja: 17.06.2010 20:55
A A A Drukuj
Rozmowa z Markiem Belką, prezesem Narodowego Banku Polskiego
Marek Belka
Fot. Tomasz Wawer / Agencja Gazeta
Marek Belka


Patrycja Maciejewicz: W NBP urzęduje pan od kilku dni. Czy ma pan już patent na rozwiązanie konfliktów trawiących bank centralny? Między członkami Rady Polityki Pieniężnej, a także między Radą i zarządem banku?

Marek Belka, prezes NBP: Nie mam żadnego patentu. Jestem szefem Rady i szefem zarządu. Nie cierpię na schizofrenię, choć nauczyłem się występować w dwóch, a nawet większej liczbie ról. Są ludzie, którzy tworzą dobrą atmosferę albo nie. Ja należę do tych, którzy tworzę dobrą atmosferę.

Chcę wyraźnie powiedzieć zarówno członkom Rady, jak i członkom zarządu NBP oraz wszystkim pracownikom banku, że Rada jest częścią NBP i wszyscy powinniśmy dążyć do tego, żeby funkcjonowała jak najlepiej. Pracownicy banku na wszystkich szczeblach powinni wspierać prace Rady.

Większość tych napięć, o których można było usłyszeć z mediów, zostanie bardzo szybko rozładowana. Nie ma już sporu o elastyczną linię kredytową czy wyliczanie zysku NBP. To jest już za nami.

Jest pan de facto prezesem z importu, kilka ostatnich lat przepracował pan za granicą. Jak z zagranicy wygląda nasza gospodarka?

- Patrzę na nią przez pryzmat tego, co dzieje się w regionie, na tle Europy i świata. Widzę zarówno siły, jak i słabości naszej gospodarki. Ale przede wszystkim jej mocne strony. Kryzys pokazał, że nasza gospodarka jest nieźle zorganizowana, dobrze obudowana instytucjami, niewytrącona zbytnio z równowagi.

W Polsce zadłużenie sektora publicznego i firm oraz osób prywatnych jest - w porównaniu do typowego kraju europejskiego - bardzo niskie. Udało się uchronić polskie przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowe przed nadmiernym uzależnieniem od kredytu, zwłaszcza w walutach obcych. Czasem epatujemy liczbami, jakież to wysokie jest zadłużenie gospodarstw domowych, jaka jest skala tego zadłużenia w walutach. Ja doskonale wiem, że jest ono kilka razy mniejsze niż w innych krajach.

Czy to oznacza, że kryzys przyszedł w porę, bo nie zdążyliśmy nabrać za dużo kredytów?

- Myśli pani, że stałoby się coś gorszego, gdyby kryzys przyszedł później?

Boom na kredyty walutowe trwał w najlepsze.

- My, Polacy, tak naprawdę nie wiemy, co to znaczy boom.

Co dziś rodzi większe niebezpieczeństwo: zaniechanie troski o wzrost gospodarczy czy pobłażanie inflacji?

- Rolą NBP nie jest pobłażanie inflacji i nic tego nie zmieni. Sytuacja gospodarcza jest taka, że inflacja jest pod kontrolą. To wynika ze stosunkowo kruchego ożywienia gospodarczego i wysokiego bezrobocia - w efekcie gospodarka rośnie w tempie poniżej swoich możliwości. W takiej sytuacji napięcia inflacyjne są nieco słabsze. Dzisiaj martwimy się, że ożywienie nie będzie dynamiczne, chociaż ono postępuje. Bardzo bym chciał, żeby uwaga społeczeństwa przeniosła się ze słabego wzrostu PKB i bezrobocia na kibicowanie stabilności cen.

Czy banki centralne muszą troszczyć się o wzrost gospodarczy?

- We wszystkich krajach europejskich banki centralne koncentrują się na walce z inflacją, ale jednocześnie nie są one obojętne na realistyczną ocenę sytuacji gospodarczej. W wielu krajach problemem jest deflacja i to, jak jej uniknąć. W Polsce na szczęście groźby pojawienia się deflacji nie ma.

Kruchość ożywienia gospodarczego jest powodem do zmartwień szczególnie w krajach wysoko rozwiniętych. Ale nie jest to powszechne zjawisko. Na przykład w Australii, Norwegii czy Izraelu już mieliśmy do czynienia z podwyżką stóp procentowych. Kiedyś to nastąpi i u nas. Ostatnie dane o 2,2-procentowym wzroście cen w maju nie zmieniają perspektyw i naszego spojrzenia na politykę pieniężną. Zdaniem RPP czynniki, które mogą sprzyjać większemu wzrostowi cen w przyszłości, równoważą się obecnie z czynnikami sprzyjającymi wyhamowaniu inflacji.

Jak pana zdaniem będzie wyglądał przyszły wzrost gospodarczy. Sceptycy uważają, że powyżej 3 proc. nie podskoczymy.

- W zeszłym roku osiągnęliśmy wzrost gospodarczy na poziomie 1,8 proc., a więc gdybyśmy w tym roku odnotowali wzrost 3 proc., to będzie oznaczało, że nasza gospodarka przyspiesza. Myślę, że prognozy są optymistyczne, zwłaszcza że jeszcze jakiś czas temu sądzono, że będzie to około 1 proc. i w oparciu o taką prognozę został skonstruowany budżet.

Do tej pory gospodarka utrzymywała się powyżej zera dzięki eksportowi netto, odbudowie zapasów i hossie inwestycyjnej samorządów lokalnych podsycanej pieniędzmi unijnymi. Teraz pałeczkę powinien przejąć popyt sektora prywatnego, jak i - z pewnym opóźnieniem - popyt inwestycyjny.

Czy taki wzrost gospodarczy umożliwi zdecydowaną naprawę finansów publicznych? To chyba za mało, żeby po prostu "wyrosnąć" z długu publicznego? Czego oczekuje pan od ministra finansów?

- Oczekuję, że zaprezentuje ambitny budżet na 2011 rok. W tym roku budżet świadomie odegrał pasywną rolę, nie było żadnych prób zacieśniania polityki fiskalnej. Polska gospodarka wchodzi obecnie w fazę ożywienia i - zgodnie z dobrymi regułami działań antycyklicznych - trzeba zacieśnić budżet.

Czy uda się to w roku wyborczym?

- NBP nie zajmuje się wyborami.

Nie boi się pan, że za parę miesięcy możemy mieć kolejną awanturę o zysk NBP, tym razem o rozwiązanie części rezerw utworzonych w tym roku na przyszłe ryzyko kursowe? Złoty osłabia się w stosunku do końca 2009 roku. To oznacza, że zyski z niezrealizowanych różnic kursowych są wyższe.

- Za mojej prezesury nie będzie żadnych awantur. Utrzymywanie się słabości złotego sprzyjałoby zwiększeniu zysku NBP. Możemy wtedy liczyć na realizację większego zysku. A o rozwiązywaniu części utworzonych rezerw nie będę rozmawiał za pośrednictwem mediów.

Poza tym uważam, że w dłuższym okresie jesteśmy skazani na umacnianie się naszej waluty.

Czy wobec tego NBP dobrze wybrał moment na interwencję walutową? Na początku kwietnia interwencyjnie skupował waluty, by wyhamować tempo umacniania złotego.

- To był pierwszy taki przypadek od lat, dlatego budzi emocje. Transakcje przeprowadzone na rynku walutowym przez bank centralny nie miały na celu utrzymania z góry określonego poziomu kursu. Zarząd NBP przeprowadził ją, bo uważał, że rynek jest rozchwiany i wartość złotego odbiegała od jego fundamentalnej wartości. Takie działania mogą mieć miejsce na rynku, ale nie są regułą. Bank realizuje strategię celu inflacyjnego, a nie kursu walutowego.



Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    47 głosów