- Ograniczenie dostaw gazu dla Białorusi może wynieść 85 proc. planowych dostaw. Pozostałe 15 proc. dostaw umożliwi Białorusi utrzymać gazociągi w stanie nadającym się do
pracy, do czasu spłaty całości zadłużenia - powiedział w czwartek wieczorem prezes Gazpromu Aleksiej Miller.
We wtorek wieczorem Miller na spotkaniu z prezydentem Rosji Dmitrijem Miedwiediewem powiedział, że Gazprom może ograniczyć dostawy gazu na Białoruś, bo Mińsk nie płaci w pełni rachunków za gaz. Prezydent Rosji zdecydował, żeby potraktować Białoruś po bratersku i dać jej pięć dni na spłatę rachunków. - Jeśli tego nie zrobią, trzeba będzie sięgnąć po surowe rozwiązania - zalecił Miedwiediew.
Zgodnie z poleceniem prezydenta Rosji, w środę Gazprom wysłał ultimatum wicepremierowi Białorusi Uadzimirowi Siemaszko. Termin tego ultimatum upływa w poniedziałek. Faktycznie jednak jest to ultimatum wobec spółki Biełtransgaz, białoruskiego monopolisty gazowego, który w połowie należy do Gazpromu. Rosyjski koncern nie tłumaczy, dlaczego nie dostaje pieniędzy od swojej białoruskiej spółki-córki.
Biełtransgaz płaci za 1000 m sześc. rosyjskiego gazu 150 dol., tyle samo, co w zeszłym roku. Tymczasem zgodnie z kontraktem cena za tę ilość surowca wzrosła do 169 dol.
Nie jest jasne, ile długów zgromadziła Białoruś z powodu zaniżania zapłaty. Gazprom twierdzi, że na początku maja Mińsk był dłużny 192 mln dol. Białoruski urząd statystyczny informuje o długu 132 mln dol.
Eksperci uważają, że tak ostry konflikt ma polityczne podłoże. Najpóźniej 7 lutego przyszłego roku odbędą się wybory prezydenckie na Białorusi, w których o kolejną kadencję będzie się ubiegać Alaksandr Łukaszenka. Doniesienia o konflikcie z Rosją będą niepokoić Białorusinów, bijąc w tamtejszą gospodarkę i wizerunek Łukaszenki - uważa część rosyjskich ekspertów. Inni sądzą, że Łukaszenka wykorzysta groźby Gazpromu, by w ten sposób wyjaśnić pogorszenie sytuacji gospodarczej.
Były szef centralnego banku Białorusi Stanisław Bogdankiewicz uważa, że Mińsk bez trudu spłaciłby Gazprom z rezerw sięgających 6 mld dol., z czego połowę stanowi gotówka. - Nie płacimy, bo trwają polityczne targi - uważa Bogdankiewicz.
Bez utrzymania tanich dostaw gazu i ropy z Rosji, Łukaszenka będzie miał problemy z utrzymaniem poparcia przez kolejną kadencję. Już pod koniec maja lider Białorusi zapowiadał, że może odstąpić Rosjanom kontrolę nad gazociągami i nowoczesną rafinerią w Mozyrzu w zamian za tanią ropę i gaz oraz godziwą zapłatę za akcje tych firm. Ale minister energetyki Rosji Siergiej Szmatko domagał się jeszcze od Mińska ulg podatkowych dla rosyjskich inwestorów. A wicepremier Igor Sieczyn powiedział, że Gazprom przepłacił, wydając 2,5 mld dol. za połowę akcji Biełtransgazu. To była wyraźna sugestia, że
Moskwa będzie zbijać zapłatę za białoruskie firmy.
Moskwa wykorzystała już poprzednie wyroby prezydenckie na Białorusi, by przejąć tamtejsze gazociągi.
Gdy tylko na początku 2006 r. Łukaszenka został prezydentem na kolejną kadencję, Gazprom natychmiast zażądał od Mińska drastycznej podwyżki zapłaty za swój surowiec. Rosyjski koncern groził też odcięciem gazu Białorusi od 1 stycznia 2007 r., jeśli Mińsk nie przyjmie warunków Moskwy. Nie doszło do tego, bo w ostatnich minutach Mińsk zgodził się sprzedać Rosjanom połowę swojego monopolisty gazowego, a także zaakceptował kroczące podwyżki cen gazu.
Do końca 2006 r. Białoruś płaciła Gazpromowi praktycznie tyle samo, co rosyjscy klienci koncernu. Obecnie cena gazu dla Białorusi jest ponad dwa razy wyższa niż dla Rosjan.
W piątek rano Siergiej Kuprijanow - rzecznik koncernu Gazprom - oświadczył, że "w razie ewentualnych ograniczeń dostaw gazu na Białoruś Gazprom będzie nadal dostarczał gaz do Europy Zachodniej".