Biznes Ludzie Pieniądze

Wyborczy teatrzyk Waldemara Pawlaka

Rafał Zasuń
21.06.2010 , aktualizacja: 20.06.2010 17:48
A A A Drukuj
Nie jest dobrze, gdy urzędujący minister gospodarki startuje w wyborach prezydenckich. Ale jeszcze gorzej jest wtedy, gdy uczestnicząc w nich, desperacko walczy także o pozycję we własnej partii.
Rafał Zasuń
Fot. Gazeta
Rafał Zasuń
Waldemar Pawlak robił, co mógł, żeby podkręcić swój wynik i jakoś zaistnieć w kampanii. Najpierw w maju wyciągnął niczym królika z kapelusza pomysł, aby każdy mógł odprowadzać do ZUS minimalną składkę 120 zł miesięcznie. Pewnie liczył na głosy młodych ludzi, którzy o emeryturze nie myślą, a ZUS ich wkurza, ale pomysł był tak kompletnie oderwany od życia (z takiej składki żadnej emerytury nie da się uzbierać), że koledzy z rządu przyjęli go tylko wzruszeniem ramion. A i sam Pawlak w trakcie kampanii już do niego nie wracał.

Potem wicepremier postanowił powalczyć o nieco inny elektorat, taki, który reaguje alergicznie na hasła "monetaryzm" i "międzynarodowa finansjera". Okazji dostarczyła kandydatura Marka Belki na szefa Narodowego Banku Polskiego zaproponowana przez pełniącego obowiązki prezydenta Bronisława Komorowskiego. Okazało się, że w oczach Pawlaka Belka uosabia całe zło współczesnej gospodarki. Przy okazji Pawlak wykonał zgrabny rewerans w stronę przedsiębiorców, którzy stracili na opcjach. Wicepremier proponował rok temu automatyczne unieważnienie opcji walutowych, ale ze względów prawnych było to niemożliwe. Teraz stwierdził, że Belka jako powiązany z "międzynarodową finansjerą" na pewno bardziej broniłby zagranicznych banków niż polskich firm.

Cała ta wyborcza gimnastyka okazała się zupełnie bezproduktywna. Być może wicepremier zdołałby przekonać do siebie więcej wyborców, gdyby np. pokazał, ile dzięki niemu wybudowano w Polsce biogazowni, które produkują prąd i ciepło z kukurydzy i rozmaitych odpadków. Miał to być konik Pawlaka, ale, niestety, program zachęt dla inwestorów utknął gdzieś w ministerialnych korytarzach.

Mógłby też pokazać, jak przygotowuje Polskę do wejścia do klubu państw dysponujących energią jądrową. Niestety, inwencja wicepremiera przejawiała się tutaj głównie w gierkach personalnych.

Mógłby nam opowiedzieć, jak ułatwia życie firmom budującym nowe elektrownie, których Polska będzie potrzebować w ciągu kilkunastu najbliższych lat, żeby nie zabrakło nam prądu. Niestety, elektrownie się nie budują, bo resort gospodarki nie dogadał się z Komisją Europejską w sprawie uprawnień do emisji dwutlenku węgla.

Mógłby pokazać swój wkład w możliwości wykorzystania polskiego gazu łupkowego - wszak wybory prezydenckie zbiegły się z pierwszym próbnym odwiertem na Pomorzu. Zamiast tego mówił, że raczej nic z tego nie wyjdzie. Prawda, nikt nie jest w stanie dziś powiedzieć, czy eksploatacja tego gazu będzie u nas opłacalna, ale pewność, z jaką Pawlak dezawuował gaz łupkowy (posuwając się nawet do zaniżania cen importowanego gazu i zawyżania kosztów eksploatacji łupków), jest na razie tak samo nieuzasadniona jak przeświadczenie, że będziemy drugim Katarem.

Mógłby Pawlak pokazać, jak negocjował kontrakt na import gazu z Rosji, dzięki któremu będziemy mieli zapewnione dostawy do 2037 r. Ale kontraktu wciąż nie ma i nie wiadomo, kiedy będzie.

Mógłby pokazać, jak dzięki pracy jego resortu przyspieszy budowa sieci energetycznych, dzięki czemu nie powtórzy się katastrofa, która zdarzyła się zimą w Małopolsce, gdzie tysiące ludzi nie miało prądu. Niestety, projekt ustawy, który miał umożliwić szybką budowę nowych sieci, wciąż nie ujrzał światła dziennego.

Mógłby wreszcie pokazać, jak nadzorowane przez jego resort kopalnie węgla kamiennego osiągają świetne wyniki finansowe, są doskonale zarządzane, a polski węgiel zdobywa światowe rynki. Niestety, dwie z trzech spółek węglowych stoją na granicy płynności finansowej, związkowcy nie chcą się zgodzić na żadną restrukturyzację, importujemy dwa razy więcej węgla, niż eksportujemy. Resort Pawlaka nie ma żadnego pomysłu na to, jak wyprowadzić kopalnie z dołka, poza kolejnym pompowaniem w nie budżetowych pieniędzy. A sam wicepremier na Śląsku zapewnia górników, że Polska węglem stoi i stać będzie, bojąc się pewnie, że tak jak kilka lat temu wybiją szyby w jego resorcie, ale w Warszawie przyznaje, że gaz będzie efektywniejszym paliwem dla elektrowni niż węgiel.

Dla Waldemara Pawlaka kampania prezydencka się skończyła. Chciałbym, żeby wicepremier wziął sobie do serca apel Marka Belki do polityków z 2005 r.: "Dość teatru. Do roboty".

Ale przecież Belka to monetarysta powiązany z międzynarodową finansjerą. Co on tam wie o teatrze...



Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    17 głosów