Choć w RPA trwa właśnie święto piłki nożnej, to na co dzień piłkarski świat żyje piłką klubową. Firma doradcza Deloitte przyjrzała się, jak europejska liga klubowa wygląda od strony biznesowej.
Okazuje się, że najwyższe przychody przynosi angielska Premier League. Jej kluby wypracowały 2,3 mld euro przychodu. Jej przewaga nad najbliższym rywalem, niemiecką Bundesligą, spadła jednak do 0,7 mld euro. Przychody Bundesligi wzrosły o 10 proc., do 1,575 mln euro. Dzięki temu liga niemiecka wyprzedziła hiszpańską La Ligę. Jej przychody wzrosły wprawdzie, ale wyniosły 1,501 mld euro. Przychody włoskiej Serie A wzrosły o 5 proc. do kwoty 1,494 mld euro. Dzięki temu wyprzedziła ona francuską Ligue 1.
- Przychody lig europejskich rosną od lat i nawet kryzys tego nie zmienił. Trudności ekonomiczne nie odstraszyły kibiców. Piłka jest ciągle atrakcyjna dla sponsorów i stacji telewizyjnych - ocenia Dan Jones, partner Sports Business Group w Deloitte.
Ale oczywiście biznes piłkarski nie żyje w oderwaniu od innych branż gospodarki. Dlatego zdaniem Dana Jonesa branża piłkarska musi się teraz skupić na kontroli kosztów. Zwłaszcza wynagrodzeń piłkarzy i sum transferowych.
W sezonie 2008/09 wynagrodzenia w ligach "wielkiej piątki" wzrosły w sumie o 305 mln euro (czyli o 6 proc.) i po raz pierwszy przekroczyły kwotę 5 mld euro. Portugalski serwis FootballFinance sporządził listę 50 najlepiej zarabiających piłkarzy w sezonie 2009/10. Wynika z niej, że najwięcej zgarnia za kopanie futbolówki Cristiano Ronaldo z Realu
Madryt - 13 mln euro rocznie. Drugie miejsce na liście najlepiej zarabiających piłkarzy zajmuje Zlatan Ibrahimović (12 mln), a trzecie Lionel Messi (10,5 mln) - obaj z FC Barcelona. Dalej są Samuel Eto'o z Interu
Mediolan (10,5 mln) i Ricardo Kaka z Realu (10 mln). Piłkarze z kolejnych miejsc - Emmanuel Adebayor z Manchesteru City, Karim Banzema z Realu, Carlos Tevez z MC, John Terry i Frank Lampard z Chelsea - zarabiają już mniej niż 10 mln euro rocznie. Oczywiście w pierwszej "50" nie ma żadnego kopacza z Polski. Najlepiej zarabiającym polskim piłkarzem jest bramkarz Manchesteru United Tomasz Kuszczak. Jego zarobki szacowane są nawet na blisko 10 mln zł rocznie. Za Kuszczakiem są Artur Boruc, Jerzy Dudek i Jakub Błaszczykowski. Wszystkich ma szansę lada moment wyprzedzić Ireneusz Jeleń, którego zarobki po transferze z Auxerre miałyby przekraczać 10 mln zł rocznie.
W polskiej Ekstraklasie zarobki są oczywiście znacznie niższe (eksperci z Deloitte oceniają, że i tak za wysokie), ale i tak piłkarze nie powinni narzekać. Najlepsi wyciągają nawet przeszło milion złotych rocznie.
Rosnące zarobki piłkarzy, a więc i koszty klubów, sprawiają, że mimo rosnących przychodów mają one kłopoty z osiągnięciem zysków. Efekt? Serie A i Ligue 1 przynoszą straty. W lidze hiszpańskiej zyski wypracował Real i Barcelona. Pozostałe kluby miały straty.
W tej sytuacji rośnie zadłużenie klubów piłkarskich. - Łączne zadłużenie wszystkich 732 klubów licencjonowanych przez UEFA za sezon 2007-08 przekroczyło 7 mld euro. Najbardziej zadłużone są najlepsze ligi: - angielska na 3,8 mld euro, hiszpańska na 0,970 mld i włoska na 0,5 mld. Sam Manchester United ma do oddania 809 mln euro, czyli więcej niż łączny debet wszystkich zespołów pierwszej i drugiej Bundesligi - mówi Jacek Bochenek, Dyrektor Grupy Sportowej Deloitte
Polska.
W maju 2010 r. UEFA zatwierdziła nowe przepisy, które począwszy od sezonu 2013-14 mają zmuszać kluby (pod groźbą sankcji) do zrównoważenia budżetów. Mówiąc w uproszczeniu nie będą one mogły wydawać więcej, niż zarabiają. Trochę to przypomina regulacje, o których dyskutują teraz pogrążone w kryzysie Unia Europejska i kraje strefy euro. Też chcą walczyć z narastającym zadłużeniem, tyle że krajów, a nie klubów. I narzucić kaganiec na ich deficyty budżetowe.
A na czym zarabia piłka? Główne źródło przychodów lig "wielkiej piątki" stanowią prawa telewizyjne. W sezonie 2008/09 przychody klubów z tego tytułu sięgnęły kwoty 3,712 mld euro. To aż 47 proc. ich przychodów ogółem. Wszystkie pięć największych lig odnotowało wzrost przychodów z transmisji.
O 39 mln euro (2 proc.), do 1,795 mld euro, zwiększyły się przychody klubów "wielkiej piątki" z meczów (sprzedaż biletów i pamiątek klubowych). Z kolei przychody ze sponsoringu i licencjonowania marki wzrosły o 117 mln euro (5 proc.), do kwoty 2,437 mld euro.
W sezonie 2008/09 w trzech z pięciu wielkich lig - w Bundeslidze, La Liga i Serie A - więcej kibiców niż rok wcześniej przychodziło na mecze. Premier League odnotowała czteroprocentowy spadek frekwencji. Także liczba kibiców na stadionach Ligue 1 spadła o 4 proc. To jednak zdaniem ekspertów nie potrwa długo, bo
Francja będzie gospodarzem Euro 2016, a to zwiększy zainteresowanie piłką w tym kraju.
Rośnie przepaść pomiędzy najsilniejszymi i najsłabszymi klubami. 20 najsilniejszych w sezonie 2008/09 osiągnęło ponad 3,9 mld euro, czyli 1/4 zysku całego europejskiego rynku futbolowego. W La Lidze przychody największych klubów są 25 razy wyższe od przychodów najmniejszych. Najbardziej zrównoważone pod tym względem są Premier League i Ligue 1, gdzie ta różnica jest tylko sześciokrotna.
A inne ligi? Poza "wielką piątką" nadal czołową ligą krajową jest holenderska Eredivisie z 422 mln euro przychodów. Kolejne miejsca w rankingu zajmują rosyjska Premier Liga (352 mln euro), turecka Super Lig (342 mln euro) i Liga portugalska (256 mln euro). Co ciekawe angielska Football League Championship, czyli druga liga, z wynikiem 440 mln euro, przewyższa każdą z tych lig pod względem wielkości przychodów. Te z kolei mocno wyprzedzają polską Ekstraklasę.
Według danych za 2008 r. przychody naszej najwyższej ligi piłkarskiej wyniosły 227 mln zł i były o 12 proc. wyższe niż rok wcześniej. Wzrosty przychodów przekraczające 10 proc. Ekstraklasa notuje zresztą regularnie od lat. Zdaniem ekspertów zbliżające się mistrzostwa Europy w 2012 zwiększą zainteresowanie futbolem w naszym kraju. Swoje dołożą do tego wybudowane na Euro nowoczesne stadiony. W sumie przełoży się to na jeszcze szybszy przyrost przychodów polskiej ligi.
Problem w tym, że polskie kluby nie odnoszą sukcesów sportowych. Naszego klubu od lat nie było w Lidze Mistrzów. Z innych europejskich rozgrywek odpadamy bardzo wcześnie. Tymczasem zdaniem ekspertów Deloitte to właśnie sukcesy sportowe są kluczowym elementem budowania wartości klubu. Podają przykłady. Gdy w sezonie 2002/03 Borussia Dortmund nie zakwalifikowała się do gry w europejskich pucharach, natychmiast wypadła z zestawienia 20 najbogatszych klubów Europy. Dla odmiany pieniądze za zakwalifikowanie się Werderu Brema do finału Pucharu UEFA w sezonie 2008/09 i wzrost sprzedaży biletów, wywołany także zdobyciem Pucharu Niemiec, pozwoliły temu klubowi wskoczyć na 17. miejsce wśród najlepiej zarabiających drużyn Europy. Celtic Glasgow po dojściu do szesnastki najlepszych klubów Ligi Mistrzów w sezonie 2006/07 zajął 20. miejsce na tej liście.
Drugą istotną dźwignią wartości klubu jest jego popularność. Przekłada się ona na frekwencję na stadionie, jego komercyjne wykorzystanie i atrakcyjność dla sponsorów. Nowy stadion Arsenalu
Londyn Emirates Stadium, większy od poprzedniego o 22 tys. miejsc, zapełnił się po brzegi od pierwszego meczu. Wpływy z dnia meczu wzrosły dzięki temu o 111 proc. - do prawie 5 mln euro na mecz. Co ciekawe, rezerwowa lista kibiców czekających na karnety przekracza 40 tys.
Nasze kluby takich "kłopotów" nie mają. Wedle Deloitte mecze Ekstraklasy ogląda średnio 7-9 tys. widzów.
Polskim problemem jest zarządzanie klubami. - Klub piłkarski jest przedsiębiorstwem i jak każda firma wymaga strategii rozwoju. Kluczem jest zarządzanie klubem jak przedsiębiorstwem. Czasy działaczy już się skończyły. Teraz klubem musi zarządzać dobry menedżer - uważa Jacek Bochenek.
Dobry menedżer musi kontrolować koszty, pilnować, by wyniki sportowe były zgodne z oczekiwaniami, optymalizować przychody, dbać o dobrą obsługę klientów, czyli kibiców. Zdaniem Jacka Bochenka pod względem jakości zarządzania jesteśmy bardzo daleko za Europą. - Akcjonariusz ma prawo wymagać. On inwestuje w klub swoje pieniądze. U nas to ciągle budzi zdziwienie - zżyma się ekspert.
Jako przykład podaje Manchester United, który do maksimum wykorzystał złotą dekadę sukcesów sportowych z lat 1993-02. Powiększył i unowocześnił stadion, otworzył go na organizowanie różnych imprez (nie tylko sportowych), zbudował sieć sklepów z pamiątkami, uruchomił kanał telewizyjny MUTV i portal internetowy klubu. Dziś MU jest firmą, która generuje 300 mln euro przychodów rocznie, czyli tyle, ile wygenerowałoby sześć polskich Ekstraklas. - Transfer Cristiano Ronaldo do Realu Madryt za 94 mln euro zwrócił się już po roku, tylko za sprawą sprzedaży koszulek z jego nazwiskiem. To się nazywa dobre zarządzanie - mówi Bochenek.
Jego zdaniem nasze kluby muszą za wszelką cenę walczyć o sukces sportowy. Tylko on może rozruszać naszą ligę. Bez niego nie będzie dobrego wyniku finansowego. Same nowe stadiony tego nie załatwią. - Awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów daje klubowi dodatkowe 16 mln euro przychodu od UEFA. To ponaddwukrotnie więcej niż średnia przychodów dla pięciu najbogatszych klubów w Polsce - zwracają uwagę eksperci Deloitte.
W ich ocenie perspektywy dla całej branży są dobre. Trend wzrostowy na rynku piłkarskim będzie się utrzymywał. Co więcej z przeprowadzonej przez nich analizy sytuacji klubów z krajów "wielkiej piątki" wynika, że rynek piłkarski rośnie w zdecydowanie szybszym tempie niż całość gospodarek. Od 2002 do 2007 indeks Bloomberga obejmujący 12 brytyjskich klubów wzrósł o 171 proc. W tym samym czasie indeks FTSE 100, miernik stopy zwrotu na londyńskiej giełdzie LSE wzrósł o 20,53 proc. Branża notuje wzrost nawet w kryzysie - w ciągu ostatniego roku indeks STOXX Europe Football, obejmujący 24 kluby europejskie, pokazał wzrost wartości o 9,81 proc.