Krystyna Naszkowska: Proszę opowiedzieć o sobie coś osobistego.
Leszek Czarnecki*: Piję dużo kawy, innych nałogów nie mam.
To może o swoich wizjach, bo w internecie wyczytałam, że jest pan wizjonerem biznesu.
- Nie jestem wizjonerem. Dla mnie wizjoner to człowiek trochę roztrzepany, oderwany od rzeczywistości, żyjący w innym wymiarze świata, żyjący swoimi wizjami. Nigdy bym tak siebie nie opisał.
A jak by pan się opisał?
- Stąpam mocno po ziemi. Nie bujam w chmurach, nie miewam wizji.
To może jest pan geniuszem biznesu, tak też pana określają. No bo jak nazwać człowieka, który patrzy dalej niż inni, lepiej przewiduje rozwój wypadków i odnosi wielki sukces?
- Na biznes trzeba mieć przede wszystkim pomysł, który generalnie powinien zasadzać się na uważnej obserwacji otaczającej nas rzeczywistości. Jeśli widzimy, że jakiś produkt jest zbyt drogi, a my wiemy, że możemy go taniej wykonać, albo brakuje na rynku jakiejś usługi, a my tę usługę potrafimy dostarczyć, to trzeba to po prostu zrobić.
Rzeczywiście brzmi bardzo prosto. Ale pan stosunkowo szybko zaszedł dalej niż inni, bo 25 lat temu zaczynał pan od zera, a dziś jest jednym z trzech Polaków, którzy są na światowej liście miliarderów. Aby wejść na taki szczyt, potrzeba chyba jednak czegoś więcej.
- Trzeba mieć pasję.
Do zarabiania pieniędzy?
- Do realizowania swoich pomysłów. Uważam, że przedsiębiorca jest w pewnym sensie twórcą, którego bardzo cieszy realizacja swoich idei. Pieniądze są miernikiem jego skuteczności, ale nie celem samym w sobie. I tak jak malarz, który nie przestaje malować, nawet kiedy osiągnie już uznanie krytyków, a jego obrazy sprzedają się tak dobrze, że nie musi martwić się o przyszłość, tak przedsiębiorca nadal będzie otwierał nowe firmy i inwestował w ich rozwój. Ale biznes to ciężka praca, więc po osiągnięciu sukcesu niektórzy ludzie się wycofują, by uspokoić nerwy, niektórzy tracą wenę, jednak są i tacy, którzy nadal czerpią nieprawdopodobną przyjemność z tego, co robią. Kiedyś usłyszałem takie porównanie, że prowadzenie biznesu jest jak film drogi. Bardzo mi się to spodobało - cały czas się jedzie i nigdy się nie dojeżdża do celu. Mało tego - stale ktoś jedzie szybciej od nas. I nawet jak się kogoś wyprzedzi, to potem trzeba odpocząć, a wtedy inni nas wyprzedzają.
A mnie jeden z przedsiębiorców powiedział, że zarobienie pierwszego miliona dało mu wielką radość, frajdę, ale kolejne miliony już nie.
- Pierwsze zarobione pieniądze bardzo cieszą, bo dają stabilizację, bezpieczeństwo finansowe, fundament spokojnego życia. Człowiek może oddychać pełną piersią, bo już nie musi się martwić o przyszłość swoją i bliskich. Natomiast z chwilą, kiedy się ten poziom bezpieczeństwa osiągnie, to właściwie zaczyna już chodzić tylko o satysfakcję ze zrealizowanych projektów. Nie ma już znaczenia, czy i ile się zarobi, bo i tak się tego nie skonsumuje.
Ludzie i pieniądze
Da się kierować firmą, mieszkając, tak jak pan, jedną nogą na Malcie, jedną w Stanach i spędzając 3-4 miesiące w roku w Polsce?
- Trzy lata temu wyłączyłem się z bezpośredniego zarządzania. Firma rozrosła się do tego stopnia, że to już niemożliwe. Zatrudniam ponad 7 tys. osób w pięciu krajach, w kilkunastu spółkach. Nie da się tym zarządzać jednoosobowo. Muszą to robić poszczególni prezesi spółek, z którymi prawie codziennie się kontaktuję przez telefon lub internet, a raz lub dwa w miesiącu się spotykamy. Nie ma więc znaczenia, gdzie jestem fizycznie.
Stworzył pan korporację, a słyszałam, że nie lubi pan korporacji.
- To nieprawda. Ja się czuję w korporacji absolutnie doskonale. Pod warunkiem że to jest moja korporacja. Po prostu nie lubię być skrępowany przez przepisy, regulacje, do których nie mam przekonania, wolę tworzyć własne. Stworzyłem więc korporację, w której menedżerowie mają możliwość kreowania i realizowania własnych pomysłów. Staram się nie ograniczać ludziom inicjatywy, nie steruję ręcznie, nie mówię, co mają robić. Ale uważnie obserwuję wyniki. Na moją skrzynkę mailową codziennie spływają dziesiątki raportów i ja je rzeczywiście wszystkie czytam. Potem z moimi menedżerami o nich dyskutujemy.
A te narady - jak często i w jakim gronie się odbywają?
- Mamy takie spotkania nie częściej niż raz na kwartał i w grupie nie większej niż 7-8 osób. Bardziej liczne spotkania moim zdaniem są nieproduktywne. Oprócz tego raz w miesiącu uczestniczę w posiedzeniach rady nadzorczej, też w gronie 6-7 osób.
Ma pan bliższe relacje z pracownikami, coś pan wie o ludziach, którzy siedzą z panem przy tym stole?
- Uważam, że przenoszenie życia prywatnego na grunt zawodowy przeszkadza w pracy. Ale każdy może umówić się ze mną na spotkanie, by porozmawiać o sprawach służbowych - jestem zawsze otwarty.
A przyjaźni się pan z politykami?
- Nie mam żadnych relacji z politykami, nigdy mi na tym nie zależało. Nigdy nie robiłem biznesu z państwem polskim, nie brałem udziału w żadnej prywatyzacji. Znam kilku polityków z widzenia, to wszystko.
Boże, tak się pan zastrzega, jakby to było coś nagannego znać polityków! Boi się pan posądzenia, że dorobił się pan majątku dzięki układom politycznym?
- Nie. Po prostu, jak już powiedziałem, na biznes trzeba mieć pomysł. Ja nie miałem pomysłu na zrobienie biznesu z państwem.
Kryzysu nie było
Kryzys pana zmartwił? Akcje pana firm bardzo spadły na giełdzie.
- Chyba każdego zmartwił, przestraszył, zaniepokoił. Nie wiadomo było, ile potrwa i jaka będzie jego skala.
A teraz wiadomo?
- Teraz jest już po kryzysie. Właściwie dziś można powiedzieć, że w Polsce nie było kryzysu. Było tylko spowolnienie gospodarcze.
Tylko? Ludzie tracili pracę, niektóre firmy upadały, a wartość pana majątku spadła o połowę.
- To prawda. Ale ja mam nadal tyle samo akcji, ile miałem, niczego w czasie tego spowolnienia nie sprzedałem, więc utrata majątku jest wirtualna. Ani się nie wzbogaciłem, ani nie zbiedniałem. W jednych spółkach zwalnialiśmy ludzi, w innych przyjmowaliśmy i, co ciekawe, w sumie w 2009 r. w moich spółkach zwiększyliśmy zatrudnienie o 500 osób. Sprzedaż rośnie, płace są pod kontrolą, u nas w każdej spółce biznes się bardzo dobrze rozwija, wszyscy menedżerowie deklarują optymizm. Ja twierdzę, że to spowolnienie się skończyło.
A w Europie?
- Wydawało się już, że niepokój i stagnacja potrwają jeszcze rok i będzie po wszystkim, ale przyszedł kryzys grecki i znów zrobiło się bardzo nerwowo. W sytuacji gdy plan ratunkowy strefy euro nie zadziała, będziemy mieli do czynienia z jeszcze większym kryzysem niż ten w Stanach Zjednoczonych. Osobiście jestem jednak zdania, że Europa nie może sobie pozwolić na upadek strefy euro i wszystko się dobrze skończy, choć zawsze pozostaje na końcu pytanie: jakim kosztem?
Dlaczego nas kryzys ominął?
- Złożyło się na to wiele czynników. To, co wydawało się słabością Polski w regionie, a mianowicie najmniejszy udział eksportu w PKB, okazało się zbawienne. Bo to znaczy, że jesteśmy najmniej od eksportu zależni, więc jak popyt na Zachodzie zniknął niemal z dnia na dzień, to nas to nie uderzyło tak jak naszych sąsiadów. Kraj był stosunkowo mało - w porównaniu z innymi krajami - zadłużony. Nie zdecydowaliśmy się na walkę z kryzysem poprzez pompowanie pieniędzy w gospodarkę. I co najważniejsze, w Polsce był zdrowy system bankowy, w znacznej mierze finansowany przez rynek lokalny, a nie poprzez zagranicę. Nie inwestowaliśmy też w toksyczne aktywa. Więc jak zaczął się kryzys i Zachód przestał finansować sektor bankowy, to te uzależnione od Zachodu banki padały, a w Polsce nie upadł ani jeden.
Jednym słowem, to, że rząd nic nie zrobił, by ratować gospodarkę, okazało się dobrym posunięciem?
- Zwycięzców się nie sądzi. Kryzysu w Polsce nie było i to jest fakt. Można dyskutować, czy zamiast 1 proc. wzrostu mogło być 2 proc. Pewnie mogło. Ale jednak wzrost był i byliśmy jedynym krajem w Europie, który taki wzrost zanotował.
Czy człowieka z tak dużymi pieniędzmi, jakie pan posiada, stać na niepoprawność polityczną? Może pan powiedzieć publicznie, że np. premier jest niemądrym człowiekiem, jeśli pan tak myśli?
- Na tematy polityczne się nie wypowiadam. Jest takie powiedzenie: pieniądze lubią ciszę, a wielkie pieniądze lubią wielką ciszę. Ale jeśli pani pyta, czy czuję, że mi wszystko wolno, bo mam pieniądze, to powiem, że jestem daleki od takiego myślenia. Nie uważam, że mi wszystko wolno.
Ale czy wielkie pieniądze nie dają wielkiej władzy?
- Tylko do pewnego stopnia, zapewniam, że dużo mniejszą, niż się sądzi.
A czy te pieniądze nie wyalienowują ze społeczeństwa? Czy pana prywatne kontakty nie ograniczają się do ludzi podobnych do pana lub zależnych od pana?
- Nie mam poczucia wyalienowania. Prywatnie nie znam nikogo ze szczytów polskiego biznesu.
Dość samotnym człowiekiem pan jest: nie przyjaźni się pan z pracownikami, z politykami, z biznesmenami. Ale jeździ pan po całym kraju, poświęca czas na spotkania z młodymi ludźmi. Po co właściwie?
- Uważam, że człowiek, który sądzi, że ma coś do przekazania, szczególnie młodzieży, powinien się tym swoim doświadczeniem, wiedzą zdobytą podzielić.
Dzielę się z młodzieżą doświadczeniem
A czym pan się chce dzielić?
- Myślę, że mam dużo do powiedzenia, jeśli chodzi o przedsiębiorczość, o budowanie biznesu, zarządzanie firmą, związki między biznesem a życiem. Przecież ten biznes zajmuje przedsiębiorcy większość czasu. O tym myśli, o tym rozmawia, zwłaszcza na początku. Ja przez to przeszedłem. Zbudowałem kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt firm, wiele z nich z sukcesem, zatrudniłem setki ludzi. To jest tak duże doświadczenie, że warto się z nim podzielić. Zwłaszcza że jestem absolutnie przekonany, iż Polsce potrzeba przedsiębiorców, trzeba, by młodzi ludzie zakładali firmy. Jesteśmy przedsiębiorczym narodem, okres PRL wymusił na nas tę przedsiębiorczość. Wtedy wszystko trzeba było załatwiać - od masła po hydraulika, by naprawił kran.
Nauczyliśmy się w PRL przedsiębiorczości czy kombinowania, cwaniactwa?
- To kombinowanie stało się zalążkiem przedsiębiorczości. Z jednej strony przyzwyczajono nas do państwa opiekuńczego, a z drugiej - o wszystko trzeba było walczyć. I teraz jak patrzę na młode pokolenie Polaków i porównuję je z młodymi ludźmi z Europy Zachodniej czy Amerykanami, to uważam, że nie powinniśmy mieć żadnych kompleksów - jesteśmy bardziej zaradni, bardziej przedsiębiorczy.
Jak to dzielenie się wiedzą zaczęło się u pana?
- Zawsze dostawałem mnóstwo listów z pytaniami, jak prowadzić firmę, jak ją zakładać, jak selekcjonować pomysły. Te pytania się powtarzały. I kiedyś uznałem, że warto na nie odpowiedzieć na większym forum, ułożyć cykl spotkań ze studentami szkół ekonomicznych. Zaproszeń jest tyle, że zwykle z dziesięciu wybieram jedno, wiem, kiedy będę w Polsce, i wtedy je planuję. Od 10 lat spotykam się z młodzieżą, przez ostatnie 2-3 lata bardziej intensywnie, i teraz zainspirowany tymi spotkaniami piszę poradnik, jak budować firmę.
Dużo ludzi przychodzi na te spotkania?
- Nawet tysiąc osób. Często zapraszam także innych przedsiębiorców, którzy wraz ze mną dzielą się swoim doświadczeniem, np. prof. Andrzej Blikle, Wojciech Inglot, Wojciech Kruk czy Henryk Orfinger.
O co najczęściej studenci pytają?
- Jak znajdować ludzi do pracy, jak radzić sobie z porażkami, skąd wziąć finansowanie, czy kończyć studia, czy założyć swój biznes...
To ja zapytam: studiować czy zarabiać?
- Absolutnie studiować! Zresztą w czasie studiów też można założyć firmę, ja tak zrobiłem. Ale czy studia są warunkiem koniecznym? Nie. Tak samo można odnieść sukces, nie mając wykształcenia, ale jest trudniej. To jak z jazdą na nartach - aby być świetnym narciarzem, niekoniecznie trzeba brać lekcje od instruktora, ale jeśli je weźmiemy, nauczymy się szybciej, mniej popełnimy błędów, być może unikniemy poważnych kontuzji. Możemy osiągnąć sukces bez dyplomu, ale studia uczą nas, jak się uczyć, pokazują, jak zdobywać wiedzę, jak jej szukać. Szalenie istotne jest też to, że poznaje się wtedy wiele osób, które później okazują się dla nas cenne, tworzy się swoista sieć. Potem wiadomo, do kogo zadzwonić, gdy nasze interesy się zazębią.
Zatrudnia pan na kierowniczych stanowiskach osoby bez dyplomów wyższych uczelni?
- Raz mi się to zdarzyło. Zatrudniłem na wysokim stanowisku osobę bez studiów, ale ukończyła studia w trakcie pracy.
Czyli jednak woli pan tych ze studiami.
- Zdecydowanie. Jeśli nie znam człowieka i mam wybrać z dwóch kandydatów, to czymś się muszę kierować. Dobre wykształcenie jest ważną przesłanką. Nie wyobrażam sobie, by ktoś mógł dojść do stanowiska członka zarządu, nie mając dyplomu.
Bierze pan wynagrodzenie za swoje wykłady?
- Nie, to chyba oczywiste. Za to finansuję bardzo wielu studentów. W tym roku mam ponad 200 stypendystów, za których płacę czesne i pokrywam koszty utrzymania przez cały okres studiów. Założyłem fundację LC Heart, która między innymi pomaga w wyrównaniu szans młodzieży zdolnej, która ma dobre wyniki w szkole, ale z powodów finansowych nie może studiować. Przekazałem zarządowi fundacji kilkadziesiąt milionów złotych z własnego majątku. To jest żelazny kapitał, a odsetki od tego kapitału zarząd rozdysponowuje wśród potrzebujących naszej pomocy.
Fundacja poprawia panu samopoczucie?
- To dość drogi sposób na poprawianie sobie nastroju...
To może chodzi o własne przeżycia. Z jakiej rodziny pan pochodzi, biednej?
- Nie, z przeciętnej inteligenckiej rodziny, ojciec jest inżynierem budownictwa, projektował szpitale. Mieszkaliśmy w pięć osób na 49 metrach w bloku, mieliśmy dużego fiata, normalny standard życia w tamtych czasach. Nikt mi nie musiał pomagać - nie zwracam w ten sposób jakiegoś długu z przeszłości.
To skąd ten pomysł na pomaganie młodzieży?
- Odkąd odniosłem pierwszy sukces w biznesie, przez cały czas dostawałem tygodniowo dziesiątki próśb o wsparcie. Musiałem i chciałem na nie zareagować. Z drugiej strony skala tego zjawiska była tak duża, że uznałem, że trzeba tę pomoc ująć w jakieś ramy organizacyjne. Stąd pomysł powołania fundacji, jej zarząd podejmuje decyzje, komu pomóc. Naszym stypendystom stawiamy w zasadzie jeden warunek - po studiach muszą pracować przez pięć lat w Polsce.
Z powodu?
- Dla mnie to swoista forma patriotyzmu, chcę, by zdolni młodzi ludzie, zanim zrobią ze swoją karierą, co zechcą, popracowali w kraju, dla kraju.
Powiela pan model Polski Ludowej. W PRL studia były za darmo, ale po ich ukończeniu był obowiązek pracy przez trzy lata.
- Akurat w tym przypadku nie sądzę, by to był zły pomysł. Ja z tego nie mam żadnych korzyści, nie oczekuję, że ktoś będzie pracował w mojej firmie. Zresztą dajemy wiele stypendiów na kierunkach humanistycznych, z którymi moje spółki nie mają nic wspólnego.
W kosmos nie poleciałem, za to nurkuję
A skąd ten pęd do nurkowania, do lotów w kosmos?
- W kosmos nie poleciałem. A nurkowanie od zawsze było moim hobby, daje mi wielką frajdę.
Ale bije pan rekordy Polski i świata w schodzeniu jak najgłębiej, wytrzymywaniu jak najdłużej pod wodą. To potrzeba adrenaliny czy szukanie guza? - Nie chodzi o bicie rekordów, tylko o przyjemność. Takie penetrowanie jaskiń w oceanie czy podwodnych wraków statków wymaga wielkiego skupienia na zadaniu, które jest do wykonania, wewnętrznej mobilizacji. Jest adrenalina oczywiście, a na końcu wielka satysfakcja. No i są absolutnie nieziemskie widoki pod wodą. Szczególnie na Jukatanie - to jedyny obszar na świecie, gdzie jaskinie powstały na lądzie, a potem na skutek zapadnięcia się lądu znalazły się pod wodą. Mają więc pełną gamę zjawisk krasowych lądowych - stalaktyty i stalagmity. W niektórych miejscach, jak się poświeci latarką na kryształy, powstaje rozszczepienie światła, to są nieprawdopodobne zjawiska wizualne.
W Bałtyku też pan nurkuje? Bałtyk jest ciekawy? - Bardzo ciekawy i bardzo trudny. Przede wszystkim jest zimny, a poza tym ma relatywnie niewielką widoczność. Ale w ostatnich latach bardzo się oczyszcza. Kiedy nurkowałem 20 lat temu, widoczność była do 4-5 metrów, a teraz można zejść na 10-12 metrów w dół i jeszcze widać.
A co z lotem w kosmos? Podobno miał być pan pierwszym Polakiem, którego Rosjanie mieli zabrać na pokład Sojuza. Nawet cena już była ustalona - 20 mln dolarów za ten lot - i w ostatniej chwili coś nie wyszło. - Nigdy nie było takiej decyzji.
Ale chciałby pan? - Jak każdy człowiek.
Ja nie. Ale to zła odpowiedź. Odpowiada się: chciałbym i polecę. - Nie dam pani takiego tytułu...
*Leszek Czarnecki - jeden z najbogatszych Polaków, działa m.in. w branży bankowej (Getin Holding) i nieruchomościowej (LC Corp), w 2010 r. z majątkiem 1,4 mld dolarów sklasyfikowany na 721. miejscu w światowym rankingu miliarderów magazynu "Forbes"