Mówi się, że w wyścigu może wystartować kilkanaście europejskich banków. Gdyby nie kryzys finansowy, wiodący pakiet udziałów w BZ WBK byłby zapewne przedmiotem gorącej licytacji i pożądania światowych grup bankowych. Czwarty największy bank w Polsce, obsługujący dwa miliony klientów i przynoszący prawie miliard złotych czystego zysku rocznie, to łakomy kąsek. Zwłaszcza dla takich gigantów, jak brytyjski HSBC czy niemiecki Deutsche Bank, które na polskim rynku nie osiągnęły dotąd znaczącej pozycji i przejmując BZ WBK mogłyby z marszu naprawić ten błąd.
Mówi się też o francuskich Société Générale i BNP Paribas, o hiszpańskim Santanderze i BBVA, o rosyjskim Sbierbanku i skandynawskiej Nordei. Od kilku tygodni pojawiają się też pogłoski, że w grę chciałby się wmieszać polski rząd, by "odzyskać" wielkopolsko-dolnośląski bank w polskie ręce. Plan jest pozornie prosty: zorganizować w kraju pieniądze i przyjść z nimi do irlandzkiego AIB, przynosząc przy okazji błogosławieństwo polskiego nadzoru bankowego dla takiej transakcji.
To byłby jeden z najbardziej spektakularnych projektów w historii polskiego biznesu. Po latach sprzedawania polskich banków zagranicznym grupom finansowym, mielibyśmy pierwsze przejęcie potężnej instytucji finansowej z obcych rąk w polskie. Czy to realne? W wywiadzie dla "Gazety" Jan Krzysztof Bielecki, szef Rady Gospodarczej przy premierze, mówi bez ogródek, że na prywatyzację - także banków - trzeba spojrzeć na nowo, szukając możliwości, by prowadzić ją przy użyciu rodzimego kapitału.
I pewnie ma trochę racji: był etap, w którym polskie banki jak tlenu potrzebowały zachodniego kapitału i bankowego know-how, ale dziś nasze banki doskonale radzą sobie same. Zaś kryzys finansowy sprawił, że pojawiło się ryzyko, które kiedyś było nie do pomyślenia - że zachodnia instytucja finansowa jako właściciel polskiego banku może nie tylko nie zapewniać mu stabilności i nie pomagać, ale wręcz ściągać w dół.
Wartość banku kierowanego przez Mateusza Morawieckiego jest szacowana przez analityków na 14-15 mld zł. Pakiet 70 proc. udziałów, którym dysponuje AIB jest więc wart jakieś 10 mld zł (2,5 mld euro). To astronomiczne pieniądze. Majątek Leszka Czarneckiego, czy Jana Kulczyka jest szacowany na góra 5-6 mld zł.
A PKO BP, którego roczny zysk wynosi 2,8 mld zł? Szef banku Zbigniew Jagiełło wyraził zainteresowanie przejęciem BZ WBK, ale nie wygląda na w pełni przekonanego do tej koncepcji. Kilka tygodni temu, na dorocznej konferencji EBOiR w Zagrzebiu powiedział, że mogą się pojawić także inne banki wystawione na sprzedaż m.in. z powodu kryzysu greckiego
Oczywiście można sobie wyobrazić, że PKO BP nie wypłaci żadnej dywidendy z zeszłorocznego zysku (2,8 mld zł), dorzuci 2-3 mld zł z własnych pieniędzy i wyemituje nowe akcje za kolejne 2-3 mld zł. Ale czy budżet państwa stać na "odpuszczenie" prawie 1,5 mld zł z dywidendy? A bank, który jeszcze w zeszłym roku musiał wypuszczać nowe akcje, by mieć pieniądze na kontynuację akcji kredytowej, rzeczywiście powinien rzucić się na tak dużą inwestycję?
No dobrze, a może konsorcjum kilku firm? Gdyby na odkupienie od AIB udziałów w BZ WBK zrzuciły się PKO BP, PZU oraz pomniejsi inwestorzy (fundusze inwestycyjne, firmy ubezpieczeniowe, OFE), to na każdego przypadłoby 2-3 mld zł inwestycji. To nie byłaby już kwota nierealna. Tyle że prezes PZU Andrzej Klesyk bez ogródek mówi, że wchodzenie w branżę bankową go nie interesuje, bo "nie musi mieć krowy, żeby pić mleko".
Może więc sami inwestorzy finansowi: fundusze, OFE i ubezpieczyciele? Dobry pomysł, ale też mało realny. Czasu jest mało i nie wiadomo, kto miałby zebrać inwestorów finansowych wokół tego projektu. Bielecki? Inicjatorem musiałby być lider, ktoś dający największą kwotę i zarządzający projektem. PKO BP? Czemu nie, ale... wracamy do punktu pierwszego.
Może więc fundusze private equity? No tak, ale one nie reprezentują polskiego kapitału. Mogłyby wystąpić jako druga noga w ramach konsorcjum z udziałem PKO BP i PZU. To miałoby nawet sens, bo w polskich rękach pozostałoby zarządzanie bankiem, a fundusze przyjęłyby rolę typowego dla nich inwestora pasywnego. Tyle że na kilkumiliardowy, licząc w złotych, wydatek stać tylko największe na świecie fundusze.
Dla gigantów operujących w Europie Środkowej, jak Enterprise Investors czy Innova Capital, mógłby to być niestrawny kąsek, bo za duży. No i jest jeszcze sprawa stopy zwrotu. BZ WBK wyceniany jest relatywnie dwa-trzy razy drożej niż niektóre banki w Turcji. A fundusze private equity mają zwykle mocno wyśrubowane cele: stopy zwrotu rzędu kilkudziesięciu procent w ciągu kilku lat. BZ WBK jest zbyt drogi, by takie zyski zaoferować.
Jest też inna kombinacja - tzw. management buyout (MBO), czyli przejęcie banku przez jego menedżerów (w tym wypadku prezesa Mateusza Morawieckiego i spółkę) za pieniądze częściowo pożyczone od instytucji finansowych, z drugą nogą w postaci inwestorów finansowych, którzy też kupiliby akcje BZ WBK. Tylko czy w ten sposób można zebrać 10 mld zł kapitału?
Czy więc zwolennicy "odzyskania" BZ WBK bujają w obłokach? Być może jest jeszcze jakieś inne rozwiązanie. Orędownicy polskiego konsorcjum mogą próbować namówić AIB, by zgodził się sprzedać pakiet mniejszościowy - np. 20-30 proc. - a resztę zatrzymał dla siebie, czerpiąc zyski z dywidend. Albo żeby część irlandzkich akcji BZ WBK, np. za pośrednictwem należącego do państwa wehikułu finansowego, przenieść na warszawski parkiet i sprzedać w ofercie publicznej. Ale dlaczego AIB miałoby się na to zgodzić? Irlandzki rząd urwałby za to głowy wszystkim członkom zarządu AIB po kolei.
Pewnym atutem w całej batalii może być polski nadzór bankowy. Komisja Nadzoru Finansowego musi wydać zgodę na przejęcie dużego pakietu akcji i zaakceptować nowego inwestora w BZ WBK. Nadzór może jednak zasugerować Irlandczykom, że jeśli sprzedadzą kontrolę inwestorowi z zagranicy, zgoda na transakcję nie będzie ani szybka, ani łatwa. O tym, jak nadzór i lokalny rząd mogą utrudnić życie zagranicznemu inwestorowi, przekonał się zresztą prezes UniCredit Alessandro Profumo, który przez wiele miesięcy negocjował możliwość połączenia Pekao i BPH, a w końcu zadowolił się przejęciem większej części BPH, bo na całość nadzór mu nie pozwolił.
Gdyby pojawiła się szansa na zebranie wystarczającej sumy dla AIB przez inwestorów z Polski, nadzór mógłby potraktować ich preferencyjnie, szybciej rozpatrując wniosek. Irlandczycy dostaliby może mniej pieniędzy, ale za to szybko. A im też się spieszy.
To, że Ministerstwo Skarbu, Jan Krzysztof Bielecki i stratedzy ekonomiczni myślą o przejęciu BZ WBK przez polski kapitał, jest godne pochwały i wsparcia. Ale powiedzmy to wprost: ani pieniądze, ani czas nie są ich sprzymierzeńcami.