Patrycja Maciejewicz: Czy to normalne, że choć od dwóch lat mamy kryzys w Europie i zapaść w finansach publicznych, to po katastrofie w Smoleńsku aż dwa miesiące trzeba było czekać na wybór nowego prezesa NBP? Jerzy Hausner: W końcu zrozumiano, że nie należy czekać z jego powołaniem. Sytuacja przejściowa i tak za długo trwała. NBP potrzebny jest prezes, który ma kompetencje i autorytet, bo tylko taki może przywrócić niezależność
bankowi centralnemu i uporządkować sytuację wewnątrz tej instytucji. Marek Belka ma kompetencje i autorytet, jest w stanie zrobić te dwie rzeczy.
Chodzi o położenie kresu sporom, które targały NBP: między członkami Rady Polityki Pieniężnej, między RPP a zarządem banku, a także między NBP a Ministerstwem Finansów. - Tak. Uważam, że od dłuższego czasu, to nie jest kwestia ostatnich miesięcy, bank był uzależniany politycznie. Ośrodki dyspozycji politycznej osłabiały jego niezależność. Najpierw były to próby upolitycznienia z jednej strony, od pewnego czasu także z drugiej. Konflikt między dwoma głównymi ugrupowaniami politycznymi został wniesiony do banku.
Współpraca na linii RPP - zarząd bardzo szwankowała. Zarząd podejmował próby ubezwłasnowolnienia Rady, praktycznie odbierające jej zdolność realizowania zadań, pozbawiając kompetencji. Zarząd wspierały w tym niektóre departamenty. Choć chcę to mocno podkreślić, że ogólnie poziom merytorycznej kompetencji pracowników NBP oceniam wysoko. Część energii poświęcano działaniom pobocznym, czysto PR-owskim.
Dlatego mam nadzieję, że Marek Belka doprowadzi do uporządkowania sytuacji, by organy banku (RPP, zarząd) oraz zespoły pracowników robiły to, do czego są powołane. A bank odzyska praktyczną niezależność.
Pan powiedział, że konflikt został wprowadzony do banku. Nie musiał się pan temu poddawać. Tymczasem RPP pękła na dwie części, dokładnie wzdłuż linii politycznej. - W końcu każda konfliktowa sytuacja sprowadzała się ostatecznie do głosowania za jedną lub drugą stroną. Nie ma głosu wstrzymującego. Nie mogę powiedzieć, jak próbowałem powstrzymywać niektórych członków Rady, bo przebieg posiedzeń jest tajny. Zawsze jednak podejmowałem decyzje, uwzględniając prawo, zasady oraz racje ekonomiczne a nie te czy inne oczekiwania jakiegoś ośrodka dyspozycji politycznej. Przed powołaniem do Rady nikt nie wymagał ode mnie żadnych zobowiązań.
To jak wyglądał spór o zysk NBP? Rząd chciał dostać więcej, niż mu się należało, czy zarząd próbował zminimalizować wpłatę do budżetu? - Jestem przekonany, że zarząd nieprawidłowo wyliczył zysk. Ale ten spór miał także swój polityczny kontekst. Jeżeli dochodzi do politycznego kolonizowania instytucji z jednej strony, to reakcją jest próba zrównoważenia tego wpływu i upolitycznienia jej w drugą stronę. To jednak jest równie chore. Kuriozum było publiczne stwierdzenie przez szefa rady gospodarczej przy premierze, że niezależność NBP jest problemem.
Jedyne rozsądne rozwiązanie to niezależny bank współdziałający z rządem. Znajdowałem się kiedyś w odwrotnej sytuacji. Nikt nie słyszał, żebym jako wicepremier i minister gospodarki kłócił się publicznie z Leszkiem Balcerowiczem, choć Leszek uchodzi za człowieka, z którym trudno się prowadzi dialog.
Powołanie Marka Belki to doskonała okazja, żeby z tym skończyć. Nie tylko dlatego, że ma autorytet i kompetencje, ale i dlatego, że nie jest z obozu politycznego Bronisława Komorowskiego, który go wskazał. Chwała mu, że zdobył się na to. Nie było na to stać ani Lecha Wałęsy, ani Lecha Kaczyńskiego, choć uważam, że Hanna Gronkiewicz-Waltz była dobrym prezesem.
Gdy godził się pan wejść do RPP, nie zdawał pan sobie sprawy, że tu się toczy polityka? - Wiedziałem, że jest pewien rodzaj napięcia, konflikt między RPP a zarządem. Ale poprzedniej Radzie nie można było nic narzucić. Ona była bardziej spójna, jednolita wewnętrznie, choć oczywiście były spory ekonomiczne. Dyspozycyjności politycznej nie było. Jeśli popełniała błędy, to niewynikające z kalkulacji politycznej.
Jak pan sobie wyobraża to nowe otwarcie? Czy to się uda z zarządem z wyboru poprzedniego prezesa Sławomira Skrzypka? Czy członkowie RPP porzucą swoje sympatie polityczne? - Członkowie RPP wiedzą, że jest nowy prezes na sześć lat i oni są na sześć lat. Nie będzie żadnej kalkulacji, że po trzech latach przyjdzie inny prezes. Sytuacja jest jasna i prosta. Sześć lat razem i sześć lat wspólnej odpowiedzialności. Zarząd musi dokonać podobnych przemyśleń.
To okazja, by wyzbyć się jakiejkolwiek lojalności politycznej, poza lojalnością wobec państwa. Wszyscy powinni z niej skorzystać. Dlatego nie chcę mówić o czyjejś personalnej winie. Wierzę, że każdy z nas jest w stanie wybić się na autentyczną niezależność. Nie niezależność od wiedzy czy rozumu, ale od ośrodków presji politycznej. I będziemy prowadzić
politykę pieniężną, która będzie podporządkowana stabilności pieniądza, stabilności systemu finansowego i rozwojowi gospodarczemu.