Reforma chińskiego systemu walutowego rozpoczęła się w 2005 r. Wtedy to Pekin, głównie pod naciskiem Waszyngtonu, zgodził się na częściowe uwolnienie kursu juana wcześniej sztywno powiązanego z dolarem. Bank centralny Chin stopniowo umacniał juana, jednak dzienne wahania kursu nie mogły przekroczyć 0,3 proc. (obecnie 0,5 proc.). Od tego czasu dolar osłabił się względem juana o blisko 18 proc. Ale dwa lata temu Pekin zamroził dalszą
aprecjację, chroniąc w ten sposób chińskich eksporterów w czasach kryzysu gospodarczego.
Od tego czasu amerykańskie władze oraz przedstawiciele krajów Unii Europejskiej domagali się dalszego luzowania kursu chińskiej waluty. Dlaczego? Słaby juan ich zdaniem sprawia, że chiński eksport jest niezwykle konkurencyjny. Amerykanie i Europejczycy kupują więc tanie chińskie towary zamiast rodzimych, co zabiera fabrykom w
USA i Europie zamówienia, a obywatelom miejsca pracy.
W ten weekend chińskie władze ponownie zapowiedziały, że będą powoli dążyły do umocnienia juana. We wtorek chiński
bank centralny wyznaczył kurs centralny na 6,798 juanów za dolara. Od poniedziałku umocnił więc kurs juana o 0,4 proc.
Teraz ekonomiści zastanawiają się, w jakim tempie chiński bank centralny będzie dalej umacniał swoją walutę.
- Stopniowe umacnianie juana wszystkim pasuje, zarówno Chinom, jak i innym krajom - przekonuje Fang Zhenming, analityk Bohai Securities. Dla Chin, których gospodarka i tak doskonale sobie radzi, mocniejsza waluta oznacza większą kontrolę nad
inflacją (tańsze importowane towary). Chińczycy zaś dzięki silniejszemu juanowi są po prostu bogatsi, bo więcej mogą kupić za granicą.
Poluzowanie kursu przez ekonomistów jest postrzegane jako ukłon względem krajów rozwiniętych przed odbywającym się w najbliższy weekend szczytem G20 w
Toronto. Przedstawiciele chińskich władz wykluczają jednak, by kwestia siły juana była tematem rozmów podczas szczytu.