Google ogłosił właśnie, że wystąpił o przedłużenie licencji na świadczenie usług internetowych w Chinach. Czy ją dostanie, nie wiadomo, bo od pół roku stosunki między koncernem a władzami w Pekinie są mocno napięte.
- Nasze podejście jest zgodne z obietnicą, by nie cenzurować wyników i, jak sądzimy, jest też zgodne z lokalnym prawem - pisze w
blogu David Drummond, główny radca prawny Google'a.
Chodzi jak zwykle o wyszukiwarkę. Przypomnijmy, w marcu Google wycofał się z cenzurowania jej chińskiej wersji. I wszystkich odwiedzających stronę www.google.cn automatycznie przekierowywał na serwery w Hongkongu do wyszukiwarki w uproszczonym chińskim. Google co prawda sam nie cenzuruje, za to wyręczają go w tym filtry założone przez chiński rząd u dostawców internetu.
- Niestety, chińscy oficjele dają do zrozumienia, że rząd automatycznego przekierowania nie akceptuje - twierdzi Drummond.
A skoro tak, może w efekcie nie przedłużyć o rok licencji na korzystanie z adresu www.google.cn.
Co zrobią władze w Pekinie? Nie wiadomo. Przedstawiciele rządu nie chcieli komentować zmian dokonanych przez Google. A te wyglądają, jakby koncern znów balansował na linie - na nowej chińskiej stronie głównej Google widnieje... obrazek z logo spółki i niedziałającym okienkiem wyszukiwarki. Pod nim krótka wiadomość: "Przenieśliśmy się na google.com.hk". Jeśli użytkownik na obrazek kliknie, trafi na... nieocenzurowaną wyszukiwarkę w Hongkongu.
Po wycofaniu się z cenzury udziały Google w chińskim rynku spadły z ok. 36 do 31 proc. (dane firmy badawczej Analysys International). Szacuje się, że przychody z chińskiego rynku to ok. 1-2 proc. wpływów koncernu. Jednak ze względu na ogromny potencjał internetowy (np. najwięcej na świecie internautów) obecność na nim jest kluczowa.