Nowa "Krajowa Strategia Rozwoju Regionalnego" - dokument, który zadecyduje o tym, jak
Polska podzieli unijne fundusze strukturalne w latach 2010-20 - jest już gotowa. Uzgodniona z samorządami wojewódzkimi, za 2-3 tygodnie - jak mówi Elżbieta Bieńkowska, minister rozwoju regionalnego - ma zostać przyjęta przez rząd.
Prace nad "Strategią" trwają od połowy 2009 r. Jej podstawowe założenia były gotowe, gdy nikt nie przypuszczał, że 4 lipca odbędzie się II tura wyborów prezydenckich. I że planowany podział unijnych pieniędzy stanie się jednym z głównych motywów kampanii wyborczej.
Ze "Strategii", którą otrzymała "Gazeta", wynika, że lwia część unijnych dotacji ma być kierowana do regionów najbiedniejszych. Nowością w stosunku do tego, co zadecydował rząd PiS-Samoobrony-LPR, jest odnotowanie faktu, że także niektóre części zachodniej Polski są bardzo biedne.
To właśnie dlatego MRR zdecydowało się stworzyć odrębny program dla tych gmin i powiatów, które są oddalone o więcej niż 2 godziny jazdy od stolicy regionu. - Największy tego typu problem ma woj. zachodniopomorskie - tłumaczy Bieńkowska. - Już za chwilę może się okazać, że woj. podkarpackie zrówna się wskaźnikami rozwoju gospodarczego np. z woj. opolskim. Szkoda, że poprzedni rząd o tym zapomniał, gdy dzielił unijne pieniądze w obecnym
budżecie Unii - dodaje.
Jak rząd chce podzielić pieniądze pomiędzy dwoma głównymi priorytetami "Krajowej Strategii Rozwoju Regionalnego"? Z jej zapisów wynika, że 60 proc. wszystkich pieniędzy (unijnych i krajowych) będzie wydanych na realizację pierwszego priorytetu (czyli inwestycje w 18 stolicach regionalnych), a 30 proc. - na drugi (wsparcie dla obszarów najbiedniejszych, zarówno tych na wschodzie, jak i na zachodzie Polski).
Dziś nie wiadomo jeszcze, ile to będzie konkretnie. Bo nikt nie wie, ile Polsce uda się wynegocjować pieniędzy w nowym budżecie Unii, na lata 2014-20. Dziś przedstawiciele rządu ostrożnie liczą na 65-70 mld euro. - To będzie ostatni tak hojny
budżet Unii Europejskiej. Musimy dobrze go wykorzystać - mówi Bieńkowska.
Boni o modelu "polaryzacyjno-dyfuzyjnym" Kandydat PiS na prezydenta Jarosław Kaczyński zarzucił Platformie (i swojemu kontrkandydatowi Bronisławowi Komorowskiemu), że chce "dawać pieniądze, inwestować tam, gdzie już teraz jest bogato, a nie dawać tam, gdzie dzisiaj jest biedniej". Tymczasem zapisy rządowej "Strategii" przeczą takiemu twierdzeniu.
Atakując Platformę, Jarosław Kaczyński zapewne oparł się o to, co napisał minister Michał Boni w raporcie "Polska 2030". Dokument Boniego z pompą przedstawił premier Donald Tusk w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego niemal dokładnie rok temu (17 czerwca 2009 r.). Faktycznie, w tym raporcie pojawiają się słowa, którymi dziś Kaczyński próbuje krytykować Komorowskiego. Boni rzeczywiście pisze o modelu "polaryzacyjno-dyfuzyjnym".
Definiuje jednak ten model zupełnie inaczej, niż dziś przedstawia to Jarosław Kaczyński. Cóż bowiem pisał minister Boni? "Nie można budować polityki rozwoju wokół alternatywy: wspieranie najbardziej dynamicznych obszarów Polski albo solidarność z regionami opóźnionymi. Jest to fałszywy dylemat, którego rozstrzyganie musi prowadzić do utrwalania podziału na obszary wiodące i opóźnione. Szansa relatywnie biednych obszarów polega przede wszystkim na uczestniczeniu w sukcesie najsilniejszych regionów, a nie na doraźnej pomocy w ramach polityki redystrybucji i przywilejów. Rozwój peryferii zależy zatem od ich skuteczności w budowaniu własnego potencjału rozwojowego". To oznacza, że w biednych regionach trzeba inwestować we wszystko, co pomoże im podłączyć się do sukcesu regionów lokomotyw.
Boni podkreśla, że rosnące różnice w rozwoju poszczególnych regionów to zjawisko naturalne. W 2015 r. metropolia warszawska - jako pierwsza część Polski - osiągnie średni unijny poziom dochodu per capita. W tym samym roku województwa ściany wschodniej dobiją do 50 proc. unijnej średniej. I to pomimo gigantycznej pomocy unijnej, która spłynie do tych regionów do końca 2015 r., w ramach obecnego
budżetu unijnego!
(Np. Podkarpacie ma obecnie o 1,5 mld zł więcej dotacji niż porównywalne co do ludności województwo kujawsko-pomorskie).
Próba zasypywania różnic, bez ładu i składu, koncentrująca się na sztucznym wyrównywaniu dochodów i popytu wewnętrznego, może prowadzić donikąd - podkreśla raport Boniego. Boleśnie przekonało się o tym kilka krajów Unii. Przykład? Włoskie Mezzogiorno (południowa część kraju, obejmująca m.in. Kalabrię, Kampanię i Sycylię). Mimo gigantycznych funduszy z UE (1-2 proc. regionalnego
PKB) oraz licznych wewnątrzkrajowych programów pomocowych, nie zmniejsza dystansu do średniej UE. W latach 1995-2004 wzrost produktywności na tym obszarze był niższy (przy porównywalnym PKB na mieszkańca) niż w Wielkopolsce!