Tak słaby debiut jest sporym zaskoczeniem dla giełdowych analityków. - Spadek poniżej ceny emisyjnej trudno sobie wyobrazić - mówił przed debiutem "Gazecie" Franciszek Wojtal, analityk z Millennium Dom Maklerski. - Debiut zapewne będzie na plusie - przewidywał Adam Ruciński, b. szef Związku Maklerów i Doradców.
Na Tauron zapisało się aż 231 tys. drobnych akcjonariuszy, którzy dostali co czwartą akcję sprzedawaną przez resort skarbu. Apetyt na zysk mieli ogromny, bo wielu z nich pamiętało, że w poprzednim miesiącu zarobili aż 12-15 proc. na debiucie PZU. Dlatego teraz równie tłumnie zapisali się na Tauron sprzedawany przez ministra skarbu Aleksandra Grada pod hasłem budowy "akcjonariatu obywatelskiego". Ale tym razem świeżo upieczeni akcjonariusze musieli obejść się smakiem.
Po wtorkowym zawale na światowych giełdach, gdy indeksy poleciały w dół 3-4 proc., szanse na udany debiut Tauronu zostały mocno zredukowane. Inwestorzy instytucjonalni woleli przycupnąć z gotówką i poczekać na rozwój wypadków.
- Debiut przypadł na niezbyt dobry czas dla giełdy. Wczorajszy dzień mnie zmroził. Bałem się, że kurs będzie dużo poniżej poziomu debiutu. To, co się dzieje na
GPW, ma swoje źródło poza Polską - przyznał minister Grad podczas uroczystej inauguracji notowań Tauronu.
Globalna fala wyprzedaży akcji tuż przed debiutem Tauronu wywołana była obawami o spowolnienie gospodarek w Azji, strajkiem generalnym w Grecji oraz dramatycznym spadkiem optymizmu amerykańskich konsumentów.
W efekcie nie było chętnych do płacenia za Tauron więcej niż w ofercie publicznej. Mimo że ostateczna cena sprzedaży na poziomie 5,13 zł za akcję była i tak o blisko 20 proc. niższa od ceny maksymalnej. Cała spółka została wyceniona na zaledwie 8 mld zł, a jeszcze pod koniec zeszłego roku władze Tauronu mówiły, że jest wart 15-20 mld zł.
- Dedykuję debiut Tauronu wszystkim, którzy mówili, że sprzedaję za tanio, i wszystkim, którzy mówili, że za drogo - powiedział minister Grad. Jego zdaniem cenę w ofercie udało się ustalić na optymalnym poziomie. Skarb państwa zainkasował ze sprzedaży akcji 4,2 mld zł, co wydatnie pomoże w realizacji tegorocznego planu prywatyzacyjnego liczącego 25 mld zł.
- Kto liczył na drugi
złoty strzał po PZU, to się przeliczył. Ale debiut Tauronu był chyba najlepszym z możliwych w obecnej sytuacji. Było realne zagrożenie, że inwestorzy się przestraszą i zareagują wyprzedażą akcji. Spadek jest symboliczny i kto chce, może się wycofać z tej inwestycji bez większych strat - uważa Alfred Adamiec,
doradca inwestycyjny z firmy Efect.
W prospekcie emisyjnym Tauronu przewidziano tzw. opcję stabilizacyjną. Polega ona na skupowaniu akcji Tauronu na giełdzie przez wynajęty do tego bank inwestycyjny, gdyby cena spadła poniżej ceny sprzedaży. Taka stabilizacja kursu jest standardem na świecie przy dużych ofertach. Opcję stabilizacyjną Tauronu przewidziano na 30 dni.
Przed debiutem Tauronu analitycy spekulowali, że kurs może być na plusie, bo akcje na giełdzie będzie skupować KGHM. W ofercie przydzielono mu tylko pakiet 5 proc. akcji, a miał apetyt na 11 proc. Na razie nie widać takiego efektu. - Chcemy kupować, jak będzie dobra cena. Ta, która jest teraz, jest bardzo dobra - powiedział agencji Reuters prezes KGHM Herbert Wirth.
Poza spadkami na światowych giełdach do słabego debiutu Tauronu mogła przyczynić się także podaż darmowych akcji pracowniczych. W rękach 26,5-tysięcznej załogi znalazło się ok. 12 proc. papierów. Część z nich zmieniła właściciela na rynku niepublicznym, zanim jeszcze koncern znalazł się na giełdzie. Ceny w takich transakcjach były bardzo zróżnicowane: od ok. 3-3,5 zł za akcję (po scaleniu) przed trzema laty, do nawet 9-11 zł na początku tego roku.