Biznes Ludzie Pieniądze

Olli Rehn: Nie będzie ucieczek z unii walutowej

rozm. Tomasz Bielecki
01.07.2010 , aktualizacja: 01.07.2010 19:55
A A A Drukuj
- Spekulacje, że któryś kraj eurolandu będzie musiał wkrótce opuścić unię walutową, są surrealistyczne. Wiarygodność euro będzie rosnąć - mówi unijny komisarz ds. gospodarczych i walutowych Olli Rehn
Olli Rehn
Fot. Virginia Mayo AP
Olli Rehn
Tomasz Bielecki: Ponad połowa z 440 światowych bankowców, których niedawno sondażował Economist Intelligence Unit, jest przekonana, że co najmniej jeden kraj eurolandu opuści unię walutową w najbliższych trzech latach. Czy jest aż tak źle?

Olli Rehn, komisarz UE ds. gospodarczych i walutowych: Debaty o potrzebie opuszczanie strefy euro przez któryś z krajów UE są surrealistyczne. Nie ma ani takiej groźby, ani takich dyskusji między ludźmi oraz instytucjami, którzy decydują w tych sprawach. Wzmacniamy teraz unię walutową, pogłębiamy zarządzanie gospodarcze, a strefa euro rozszerzy się wkrótce o Estonię, co tylko potwierdza, że euro jest wiarygodną walutą i jej wiarygodność będzie wzrastać.

Komisja Europejska zaproponowała system sankcji ekonomicznych dla krajów UE, które notorycznie łamią dyscyplinę budżetową. A co z sankcjami politycznymi, czyli np. odbieraniem maruderom głosu w Radzie UE?

- To wymagałoby zreformowania unijnych traktatów i ja - co do szans na ich sprawne zmiany - nazwałbym siebie agnostykiem. Zobaczymy. Natomiast celem Komisji było jak najzręczniejsze wykorzystanie obecnego prawa do jak najszybszego stworzenia systemu wzajemnego nadzoru budżetowego między krajami UE, koordynacji ich polityki gospodarczej oraz zachęt budżetowych i sankcji. Nie stać nas na żadną zwłokę, a zmiana traktatów to bardzo długa perspektywa.

Czy ryzyko tworzenia "Europy dwóch prędkości" z różnymi systemami zarządzania gospodarczego dla eurolandu oraz reszty jest już naprawdę za nami? Czy też może jeszcze odżyć np. pomysł oddzielnej rady dla eurolandu, który nieco przycichł po ostatnim szczycie UE?

- Debaty o różnych "prędkościach" są przeładowane teoretycznymi rozważaniami o konstrukcji UE. Proponowałbym może mniej wyrafinowane, realistyczne spojrzenie na Unię - chcemy rozwijać zarządzanie gospodarcze w gronie wszystkich 27 krajów UE, gdzie to tylko jest możliwe. Musimy też jednak uznać, że istnieją sprawy, które są przedmiotem szczególnego zainteresowania członków unii walutowej, którzy mogą zająć się nimi we własnej grupie. Zwłaszcza że mają do tego dodatkowe instrumenty prawne.

Mogą zreformować zarządzanie gospodarcze szybciej niż cała UE?

- Rozpatrujemy dwie możliwe drogi reform. Pierwsza jest oparta na traktatowych zapisach o eurogrupie, dzięki którym kraje euro mogłyby bardzo szybko, na drodze głosowania większością kwalifikowaną, nakładać sankcje finansowe we własnej grupie. Druga droga, która obejmuje 27 krajów, wymaga zmiany co najmniej sześciu rozporządzeń m.in. w sprawie funduszy strukturalnych i Wspólnej Polityki Rolnej.

Pchamy reformy obiema ścieżkami, bo nie ma całkowitej pewności, kiedy będzie zgoda wszystkich krajów UE m.in. na sankcje. A jeśli jej nie będzie, to pozostanie nam zacieśniona koordynacja przynajmniej w strefie euro, dzięki pierwszej ścieżce.





Bez zmiany traktatu koordynacja w eurolandzie i tak będzie różnić się od ewentualnego systemu dla całej UE?

Tak. O ile łamanie zasad Paktu Stabilności i Wzrostu groziłoby - po wprowadzeniu naszych reform - sankcjami wszystkim 27 krajom UE, to w przypadku lekceważenia zaleceń makroekonomicznych i dotyczących nierównowagi gospodarczej (np. w sprawie konkurencyjności) sankcje ryzykowałyby tylko kraje eurolandu. Traktaty nie mówią o tym wprost, ale też tego nie zakazują. Natomiast w tej kwestii jedynym, bardzo miękkim, środkiem nacisku na kraje spoza unii walutowej byłyby konsultacje w Radzie.

Karanie za nietrzymanie się wskazówek makroekonomicznych? Jak miałoby to wyglądać w praktyce?

- Przyjmijmy, że należący do strefy euro kraj X był wiele razy ostrzegany przez szefa Europejskiego Banku Centralnego, że idzie w poprzek założeń polityki gospodarczej wspólnie uzgodnionej przez członków eurolandu. W ostateczności Rada zaleca rządowi kraju X, aby zamroził wzrost płac w strefie budżetowej, ale ten idzie w przeciwną stronę i podnosi je o 10 proc. To zapewne można by uznać za poważny cios w "kierunki polityki gospodarczej Unii" i uruchomić system sankcji.

Czy kary finansowe nakładane na kraje, które mają poważne kłopoty z finansami publicznymi, nie jest wpychaniem ich w błędne koło? Zamiast podawać rękę, Unia będzie im dokładać kłopotów.

- Sankcje to ostateczność, a podstawą naszych reform jest system bardzo wczesnych konsultacji i ostrzegania. W ramach unijnego "semestru budżetowego" kraje UE będą opiniować swe projekty budżetowe. Będzie dużo czasu na korekty. Kiedy sprawy będą szły naprawdę w bardzo złym kierunku, to - w przypadku eurolandu - pierwszą prewencyjną karą będzie zmuszenie kraju X do odłożenia "grzywny" na oprocentowanym depozycie, który byłby odmrażany po powrocie na poprawną ścieżkę.

Natomiast zawieszanie przelewów z budżetu UE na rolnictwo czy politykę regionalną lub nawet ich trwałe odbieranie ma być głównie straszakiem. Sankcje nie spadałyby na nikogo z zaskoczenia, lecz po długich próbach prostowania spraw bez używania unijnego kija.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów