- Jeśli NBP uzna, że chce skorzystać z tej elastycznej linii kredytowej, to będzie miał dostęp do rezerw międzynarodowych - mówił minister. - To blisko 70 mld zł. Niebagatelna kwota - dodał.
Rostowski zapewnia, że że na razie nie mamy potrzeby po nią sięgać. Ale w czasach zagrożenia w gospodarce światowej i europejskiej warto jest mieć w zanadrzu takie koło ratunkowe. - Będzie zapobiegać odpryskom kryzysu światowego, które mogłyby w nas uderzyć - tłumaczył. - Za dostęp do linii płacimy naprawdę mało, 60 mln dolarów w ciągu roku - dodaje minister. Jego zdaniem utrzymywanie
rezerw walutowych w tej wysokości byłoby droższe.
- Linia powinna działać stabilizująco na kurs złotego. To ważne dla ludzi spłacających
kredyty walutowe w sytuacji gwałtownego wzrostu kursu franka szwajcarskiego - twierdzi szef resortu finansów. - To nie tylko polisa na pożar. To tak, jakbyśmy zbudowali dom z lepszych materiałów. Linia będzie zapobiegać temu żeby coś się stało - dodał.
Przyznanie Polsce dostępu do elastycznej linii kredytowej
MFW zmniejsza prawdopodobieństwo ataku spekulacyjnego na złotego. I jest jeszcze jedna korzyść: - Inwestorzy światowi wiedząc, że możemy sięgnąć po linię kredytową, nie będą uciekali od naszych obligacji. Nie będzie niekorzystnego dla nas wzrostu ich rentowności - mówił minister Rostowski.
Jeszcze kilka miesięcy temu Ministerstwo Finansów toczyło ostry bój o przedłużenie dostępu do linii z Narodowym Bankiem Polskim. Poprzedni prezes NBP Sławomir Skrzypek (zginął w katastrofie Smoleńskiej) nie chciał się na to zgodzić. Nowy prezes, Marek Belka, szybko dogadał się w tej sprawie z ministrem Rostowskim.
łużnych.