ZUS przypomniał sobie o nich dopiero po kilku latach, na początku czerwca. I swój błąd postanowił naprawić. Rozesłał list wzywający do wyboru funduszu emerytalnego, choć adresaci byli przekonani, że ich składki emerytalne od lat idą do
OFE.
Teraz mają uzasadnione pretensje, że nie zostali powiadomieni wcześniej. Jednak z drugiej strony - jaki jest ZUS, każdy widzi. Żadna z tych dziesiątków tysięcy osób nie sprawdziła sama, co się dzieje z jej emerytalnymi oszczędnościami. W tym czasie na swoim koncie w OFE mogli uzbierać i 30 tys. zł składek. Plus to, co dla nich zarobiłby fundusz. W najlepszym razie - nawet dodatkowe 7 tys. zł.
Zamiast tego ich pieniądze przeleżały na koncie w ZUS. Nie były ani waloryzowane (tak jak na koncie emerytalnym w ZUS), ani inwestowane (tak jak w OFE). Nie tylko więc nie zarobili, ale zamiast tego ich oszczędności zjadała
inflacja.
To gorzka lekcja na przyszłość, z której warto wyciągnąć wnioski. Sami pilnujmy naszych emerytur. Fundusze emerytalne co roku wysyłają do każdego klienta list z informacją, ile składek do nich wpłynęło i ile dla niego zarobiły. Już sam brak takiego listu powinien wzbudzić nasz niepokój.
Może warto raz do roku poświęcić kilka minut na to, żeby sprawdzić, co się dzieje z naszymi pieniędzmi. Czy nasz pracodawca regularnie przekazuje składki emerytalne do ZUS? Ile już uzbieraliśmy? Jak nasz fundusz pomnaża oszczędności? Ile opłat od nas pobrał?
Kto liczy na to, że państwo za niego zaopiekuje się jego pieniędzmi, może się srogo przeliczyć.