Biznes Ludzie Pieniądze

Szczęście i pech ministra Grada podczas prywatyzacji

Tomasz Prusek
05.07.2010 , aktualizacja: 04.07.2010 21:59
A A A Drukuj
Wejście na giełdę PZU i Tauronu różni wszystko. Minister skarbu Aleksander Grad skutecznie rozbudził po PZU apetyt na zyski w ćwierćmilionowym "akcjonariacie obywatelskim", ale po Tauronie spadł z nieba do piekła
Tomasz Prusek
Fot. Marcin Klaban / AG
Tomasz Prusek
Gdy PZU zadebiutowało z 12-proc. przebitką do ceny sprzedaży akcji, używając giełdowego języka, notowania ministra Grada sięgnęły zenitu. Za jednym zamachem zakończył spór prywatyzacyjny z Eureko, dał dochody skarbowi państwa, a przede wszystkim dał zarobić ćwierć milionowi Polaków, którzy uwierzyli w hasło "akcjonariatu obywatelskiego" i zainwestowali swojej oszczędności w akcje. Oferta PZU była prawnym i rynkowym majstersztykiem, ale nie wolno zapominać, że ministrowi Gradowi sprzyjało też szczęście. To bardzo ważny element, nawet na rynku kapitałowym.

Kiedyś składałem komuś wyszukane życzenia i usłyszałem, że jeszcze powinienem życzyć mu zwykłego, banalnego szczęścia: „Bo widzisz, ci płynący w I klasie na »Titanicu « byli przeważnie młodzi, bajecznie bogaci, zdrowi, tylko zabrakło im jednego - zwykłego szczęścia”. Sprzedaż akcji i debiut PZU dość szczęśliwie wpasowały się w kalendarzu między giełdowe tąpnięcia wywołane kryzysem w strefie euro. Wszystkie wielkie instytucje finansowe z kraju i zagranicy opłaciły w ofercie akcje za miliardy złotych, a kiedy spółka zadebiutowała na giełdzie, zabrały się do skupowania na potęgę jej akcji.

Resort skarbu poszedł za ciosem i szybko po PZU rzucił na rynek akcje Tauronu pod hasłem "akcjonariatu obywatelskiego". Kto zarobił na ubezpieczycielu, mógł przerzucić kapitał na ofertę energetycznego koncernu. Drobni inwestorzy znowu zapisali się tłumnie, choć w przeciwieństwie do PZU wielu nie kojarzyło nawet młodej marki Tauron. Rozumowali w prosty sposób: "Na akcjach prywatyzowanych firm nie można stracić". Ich oczekiwania zostały rozbudzone i niestety padli ich ofiarą.

W ofercie Tauronu tak naprawdę dopisali tylko drobni inwestorzy. Instytucje finansowe tym razem nie dopisały - chciały mało i tanio. Debiut na GPW wypadł bardzo blado: inauguracyjny kurs był na zero, a potem akcje potaniały. Co się stało?

Podstawowym błędem przy Tauronie było słabe tzw. zarządzanie oczekiwaniami inwestorów, nie tylko tych zupełnie zielonych, ale także instytucji finansowych. Chodzi przede wszystkim o wyceny koncernu. Można je porównać do balona, z którego przez miesiące uchodziło powietrze.

Jesienią zeszłego roku prezes Tauronu Dariusz Lubera mówił, że koncern jest warty 15-20 mld zł. Na rynku niepublicznym rozbujał się handel akcjami pracowniczymi po cenach astronomicznych, porównując z poziomem środowego debiutu na giełdzie - 5,13 zł (po scaleniu). Prywatni inwestorzy oferowali wtedy za akcje pracownicze nawet po 9-11 zł. Potem wyceny tylko szły w dół, i to w zastraszającym tempie. Przed ofertą publiczną banki inwestycyjne mocno spuściły z tonu przy wycenach i oszacowały wartość spółki na 7,2-15,2 mld zł. Takie rozstrzelenie wycen było bardzo niepokojące, bo świadczyło o tym, że wybitni analitycy niesłychanie różnią się między sobą w ocenie, ile wart jest Tauron.

Nieoficjalne wieści z resortu skarbu mówiły, że prawdopodobna jest wycena 12-13 mld zł. I tu była kolejna niespodzianka. Cenę maksymalną akcji ustalono przy wycenie rzędu zaledwie 10 mld zł. Ostatecznie sprzedano jedynie za 8 mld zł. Mimo to podczas debiutanckiej sesji przeważnie płacono jeszcze mniej. 231 tysięcy drobnych inwestorów z Tauronu musiało pogodzić się z tym, że ich apetyt na zysk - przynajmniej na razie - pozostanie niezaspokojony.

Co na to minister Grad? Uznał debiut za... sukces. Z punktu widzenia interesów skarbu państwa zapewne tak jest - wszak zarobił 4,2 mld zł, co wydatnie pomoże w realizacji ambitnego tegorocznego planu prywatyzacyjnego wartego 25 mld. Jednak komunikowanie tysiącom drobnych inwestorów sukcesu, podczas gdy nie zarobili ani grosza, jest nie w porządku i może się odbić ministrowi czkawką. I nie ma znaczenia, że minister miał trochę pecha przy ofercie i debiucie Tauronu. Zapewne w najczarniejszym scenariuszu nie przewidział, że na dzień przed debiutem ceny akcji na świecie polecą na łeb, na szyję. Gdyby coś tak nieoczekiwanego wydarzyło się przed wejściem PZU, też negatywnie odbiłoby się na kursie akcji.

Ministrowi Gradowi udała się sztuka zmobilizowania z grubsza ćwierci miliona Polaków, aby stali się współwłaścicielami majątku narodowego. To trzeba docenić, bo nie ma nic lepszego w umacnianiu poparcia dla gospodarki wolnorynkowej jak liberalna "dyfuzja własności", a wielkie prywatyzacje przez giełdę są do tego świetnym narzędziem.

Ale nie wypada tłumaczyć prostym indywidualnym akcjonariuszom, że jest sukces Tauronu, skoro oni go nie czują w swoich portfelach. Rozgoryczeni mogą odwrócić się plecami od giełdy i czar "akcjonariatu obywatelskiego" szybko pryśnie.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów