Foxconn to nazwa handlowa tajwańskiej firmy Hon Hai Precision Industry Co. (Ltd.), największego producenta elektroniki i komponentów komputerowych na świecie. To właśnie ta firma przejmuje od Della fabrykę w Łodzi.
Foxconn zatrudnia w Chinach ponad 800 tysięcy ludzi. Pod międzynarodową lupę firma trafiła kilka miesięcy temu, gdy dziesięciu jej pracowników w mieście Shenzhen w prowincji Guangdong w południowych Chinach popełniło samobójstwo. To w Shenzhen trzydzieści lat temu utworzono pierwszą w ChRL specjalną strefę ekonomiczną (SEZ), co przyniosło gwałtowny wzrost gospodarczy miasta i okolic.
Już nie taka tania ta tania siła robocza
Wielu ekspertów uważa, że tragiczne wypadki to nie protest przeciwko warunkom pracy. Firma należy akurat do liderów w tej dziedzinie: zapewnia stołówki, kliniki, bibliotekę, obiekty sportowe, nawet porady psychologa. Ale współczesna młodzież ma wyższe wymagania, gorzej także radzi sobie ze stresem, monotonią, brakiem jasnych perspektyw. Foxconn przyznał, że z dwóch zakładów w Shenzhen, które zatrudniają w sumie 400 tysięcy osób, średnio co miesiąc odchodzi 20 000 pracowników, których trzeba zastąpić. Wyższe płace mają ten trend przyhamować.
Strajki w chińskich fabrykach Hondy trwały dwa tygodnie i skończyły się, gdy Japończycy zgodzili się na 35 proc. podwyżki płac. Żądania płacowe nie ominęły Yum Brands, właściciela KFC, Pizza Hut i Taco Bell, który w zeszłym roku otworzył w Chinach ponad 500 nowych restauracji.
Płace minimalne podnoszą w swych prowincjach także rządy lokalne. Władze Pekinu ogłosiły podwyżkę o 20 proc. minimalnej płacy w stolicy do 960 renminbi, czyli 140 dolarów. Podwyżki te to po części wynik rosnącej siły przetargowej chińskiego robotnika, a po części forma rekompensaty za spadek siły nabywczej w następstwie wzrostu cen żywności i mieszkania. Mają one także przynajmniej częściowo niwelować rosnące ostatnimi laty rozpiętości w poziomie dochodów między wybrzeżem a środkiem kraju, które budzą w partii obawy o ich długofalowe konsekwencje polityczne. Coraz częściej mówi się i o tym, że Pekin wspiera podwyżki płac, aby stymulować krajową konsumpcję i zmniejszyć zależność kraju od taniego eksportu.
Dr. Lu Huilin z Wydziału Socjologii Uniwersytetu w Pekinie twierdzi, że podwyżki z jakimi mamy dziś do czynienia nie pozbawią Chin statusu "fabryki świata", ale raczej skłonią do zmian w strukturze produkcji - zwiększą ilość miejsc pracy przy bardziej zaawansowanych technologiach. Etykietka "made in China" jego zdaniem będzie częściej oznaczać "created in China", czyli wymyślono w Chinach. Lu przypomina, że na przykład Korea Południowa przyjmując strategię rozwoju nastawioną na eksport, jednocześnie inwestowała w edukację pracowników, ich zdolności innowacyjne i tworzyła bodźce dla przepływu ludzi ze wsi do centrów przemysłowych.
Masowy napływ taniej siły roboczej uczynił deltę Rzeki Perłowej - jej serce to prowincja Guangdong - w ciągu minionych trzydziestu lat fabryką dla całego świata, a samą rzekę jedną z najbardziej zanieczyszczonych na świecie. Między 1986 a 2008 rokiem przewinęło się przez ten region ponad 300 milionów ludzi. Gdy nadszedł kryzys finansowy, wielu musiało wrócić do siebie na wieś. Ucierpiał także miejscowy biznes. Ożywienie gospodarki sprawiło, że płace zaczęły iść w górę.
Pompowanie eksportu
Zmiany wynikające z podwyżek rozłożą się nierównomiernie i dotkną różne sektory w różnym stopniu. W przypadku drogiej elektroniki, takiej jak produkty firmy Apple, marże z zysku są znaczne, a udział robocizny w całości kosztów niewielki. Analitycy szacują, że płace to 2-3 proc. wszystkich kosztów w przypadku Foxconna, więc nawet podwojenie płac nie podważy logiki biznesu. Zarabia się głównie na projektowaniu, marketingu i systemie dystrybucji. Fabryki pozostaną więc tam, gdzie były, tym bardziej, że Chiny zbudowały infrastrukturę i solidny system kontroli jakości w tym sektorze. Natomiast na przykład tekstylia będą się przenosić w tańsze rejony, takiej jak zachodnie Chiny, a nawet Wietnam i Bangladesz.
Yasheng Huang, profesor w Sloan School of Management w Massachusetts Institute of Technology, autor książki "Capitalism with Chinese Characteristics” obawia się, że rząd chiński nagle zmieni politykę trzymania płac w ryzach i przejdzie do aktywnego ich podnoszenia. Gdyby rzeczywiście miało się tak stać, może to prowadzić do zachwiania relacji między dostawcami. Zdrowsza od takich rewolucyjnych ruchów byłaby droga stopniowych podwyżek, gdyby było to politycznie możliwe.
W 2001, gdy Chiny przyjęto do Światowej Organizacji Handlu, do Kraju Środka ruszyli nie tylko producenci tekstyliów, odzieży i mebli, ale również stali, obrabiarek i części samochodowych, programów komputerowych, aparatury lotniczej i elektroniki. W handlu towarami "zaawansowanej technologii" w okresie styczeń-kwiecień 2010 USA zanotowały nadwyżkę eksportu nad importem z Unii Europejskiej w wysokości miliarda dolarów i deficyt w handlu z Chinami w wysokości 25 miliardów. Dzieje się tak nie dlatego, że Chiny dokonały rewolucyjnego skoku technologicznego, ale dlatego, że ten import to towary wytwarzane w Chinach przez amerykańskie firmy. Między Stanami Zjednoczonymi a komunistycznymi Chinami wytworzyła się swoista symbioza: Ameryka daje Chińczykom pracę, a więc spokój społeczny, a w zamian amerykański konsument dostaje tanie towary, zaś amerykańskie korporacje zyski, o które bardzo ciężko byłoby gdzie indziej.
Ogromna nadwyżka chińskiego eksportu nad importem - od 2001 do 2008 r. roku skoczyła z 50 do 260 miliardów euro - oznacza, że reszta świata, kupując chińskie towary, tworzy miejsca pracy w Chinach, często tracąc własne. Teza, że Chiny to motor światowego rozwoju, jest po prostu fałszywa. Ci którzy ją lansują, zdają się nie rozumieć, że ten motor napędza tylko siebie, a nie świat. Udział Chin w światowym eksporcie skoczył z 2,2% w 1990 roku do 12,6% w 2008.
W batalii o światowe rynki Chińczycy korzystają z trzech potężnych narzędzi, z których najważniejsze to ogromne zasoby taniej - stawka godzinowa w południowych Chinach, a tam skupiły się zachodnie firmy przemysłowe, to około 75 centów - zdyscyplinowanej, nieźle wykształconej siły roboczej. Kolejne, budzące uzasadniony sprzeciw instrumenty to manipulacje kursem własnej waluty i bezpośrednie subsydia.
Granie na walucie
Pekin, promując swój eksport, umiejętnie wykorzystuje luki i brak precyzji w regułach handlu międzynarodowego, zręcznie walczy z oznakami protekcjonizmu wśród niektórych ze swych partnerów, jednocześnie sztucznie utrzymując niski kurs własnej waluty. Każdego dnia kupuje obcą walutę wartości blisko miliarda dolarów. To polityka szczególnie szkodliwa w czasie, gdy światowa gospodarka cierpi na niedostatek efektywnego popytu. W "normalnych" warunkach można by twierdzić, ze wprawdzie gigantyczne interwencyjne zakupy amerykańskich obligacji przez Chiny zniekształcają strumienie handlu, ale przynajmniej dostarczają Ameryce taniego kredytu, który umożliwił życie ponad stan i stworzenie gigantycznej bańki na rynku hipotecznym. Jednak dziś taniego kredytu jest pod dostatkiem - to czego brakuje, to efektywny popyt na towary i usługi, który prowadziłby do tworzenia miejsc pracy.
Miarą interwencji kraju na rynku walutowym jest poziom jej rezerw. Chiny zahamowały stopniową aprecjację renminbi względem dolara w lipcu 2008. Od 30 czerwca 2008 do końca 2009 roku chińskie rezerwy walutowe wzrosły o 590 miliardów dolarów. Tylko nieznaczna tego część przypada na procenty od obligacji i wzrost wartości akcji. Znakomita większość to rezerwy zgromadzone w wyniku interwencyjnych zakupów.
Do niedawna Chińczyków oskarżano w Unii Europejskiej głównie o dumping - sprzedaż poniżej kosztów produkcji - a adresatem takich skarg były konkretne chińskie firmy. Do Komisji Europejskiej dotarło pierwsze oficjalne oskarżenie o subsydia, którymi rząd Chin wspiera krajowych eksporterów. Chodzi o eksport papieru wysokiej jakości, a protest złożyły wspólnie południowoafrykański gigant Sappi Ltd, włoski Burgo SpA, niemiecki Scheufelen i paneuropejska Lecta. Tym razem, jako że idzie o subsydia, w roli potencjalnie winnego występuje rząd Chin.
Na tydzień przed spotkaniem G20 w Toronto chiński bank centralny ogłosił gotowość uelastycznienia kursu renminbi, czyli chińskiej waluty, sztywnego od kilku lat. Była to decyzja długo oczekiwana, ale to, jakie będą jej konsekwencje dla handlu światowego, będzie zależeć zarówno od skali aprecjacji chińskiej waluty - czy w jakim stopniu podrożeją chińskie towary, jak i od tego, co i za ile będą w stanie zaoferować rywale.
Popuszczanie kursu
Na decyzji Pekinu skorzystać mogą także same Chiny. Wprawdzie polityka sztywnego kursu pomogła Chińczykom w zmaganiach ze skutkami kryzysu finansowego 2008 roku, ale szybki wzrost gospodarczy grozi przegrzaniem gospodarki, a silniejsza waluta potani import, łagodząc w ten sposób presję inflacyjną. Dla podtrzymania niskiego kursu własnej waluty Chiny wydawały blisko 10% swego PKB na zakup obligacji rządu USA. Odstąpienie od tych zakupów, albo ich znaczne zmniejszenie, uwolniłoby środki na inne cele - podwyżki płac, pożyczki dla krajowego biznesu, poprawę systemu ochrony zdrowia i szkolnictwa, lub jakiekolwiek inne potrzeby wewnętrzne. Za wcześnie jednak aby ocenić, czy decyzja ta to akceptacja umocnienia własnej waluty, czy też zręczna próba pacyfikacji partnerów. W końcu "elastyczny" oznacza możliwość odchyleń w obie strony.
Kurs wymiany to tylko jeden z ważnych parametrów. Chiński bank centralny przygląda się uważnie tzw. efektywnemu kursowi wymiany, który rejestruje BIS (Bank of International Settlements w Bazylei). Jest to miara relatywnych kosztów. Według BIS, w maju konkurencyjność Chin znalazła się w najgorszym stanie od 1994 roku, jeśli nie liczyć ośmiu miesięcy tuż po kryzysie finansowym października 2008. Idą w górę koszty robocizny i energii. Skuteczniejszym instrumentem zmiany relacji między eksportem a importem mogą okazać się właśnie ostatnie wydarzenia na chińskim rynku pracy.
Zakładając, że będzie miała miejsce ewolucja, a nie fala masowych strajków, wzrost dochodów społeczeństwa chińskiego może przynieść korzyści wszystkim. Droższe towary chińskie, nawet jeśli wzrost cen jest skromny, to potencjalna ulga dla rywali z innych krajów azjatyckich, a także Indii, Afryki czy Ameryki Łacińskiej. Rosnące koszty w tradycyjnych centrach, takich jak prowincja Guangdong, mogą skłonić firmy do inwestycji wewnątrz kraju, a to zmniejszyłoby społeczne koszty migracji i dało lepszą szansę na życie rodzinne. Wreszcie bardziej zamożny i chłonny rynek wewnętrzny Chin to ogromna szansa dla producentów z całego świata. Wielcy amerykańscy detaliści, tacy jak Walmart, kiedyś głusi na postulaty rewaluacji waluty chińskiej, bo groziła ona wzrostem cen importowanej odzieży i zabawek, dziś dostrzegają potencjał rynku chińskiego i ślinka im leci na myśl o możliwościach eksportu.
Jeśli tak się rzeczywiście stanie, to głównym powodem nie będą strategiczne decyzje Pekinu, Waszyngtonu czy jakiejkolwiek innej stolicy świata, ale demografia. W Chinach kurczyć się będzie podaż młodych pracowników, a to wywierać będzie presje na płace i koszty. W ten sposób demografia dokona tego, czego nie zdołali całymi latami dokonać partnerzy Chin, przekonując do potrzeby podnoszenia poziomu krajowej konsumpcji.
Chińczycy za dużo oszczędzają, a za mało wydają - to jeden z głównych problemów współczesnej gospodarki światowej w ostatnich latach. Wątpliwe, aby problem ten nagle zniknął. Ale pojawiają się oznaki, że coś się zaczyna w tej materii zmieniać na lepsze. Pamiętać trzeba jednak i o tym, że przez długie lata, zalewając świat tanimi towarami, Chiny stanowiły najlepszy globalny bufor antyinflacyjny. Ten bufor może się stopniowo kurczyć.