Jako jeden z najbardziej przełomowych momentów historii nowożytnej wskazuje się często klęskę floty hiszpańskiej pokonanej przez okręty Elżbiety I w 1588 r. Moment ten oznaczać miał początek brytyjskiego panowania na morzach, skutkiem czego były ogromne zdobycze kolonialne, a nawet trwająca po dziś dzień globalna dominacja anglosaskiej kultury. Jednak w moim głębokim przekonaniu Hiszpanie przegrali tę szansę, jaką wykorzystali Anglicy, znacznie wcześniej i w sposób dużo mniej spektakularny. Klęska iberyjskiego mocarstwa, dokonującego ekspansji w Ameryce Południowej, narastała przez dziesięciolecia nie na wojennym froncie, lecz na polu ekonomicznym. Po podbiciu zasobnych w
złoto kultur prekolumbijskich następcy konkwistadorów gospodarkę swej metropolii w dużej mierze oparli na
imporcie tego kruszcu. Osiągnięta tym zamożność Hiszpanii była oszałamiająca, lecz krótkotrwała. Złudzenie bogactwa osiąganego eksploatacją krajów zamorskich najpierw przyniosło zaniedbania w rodzimej gospodarce, której następnie cios zadał spadek wartości złota. Tak pożądany klucz do potęgi i dobrobytu skruszał zgodnie z oczywistą zasadą, że zawsze spada wartość tego dobra, którego zasoby wzrastają.
Mniej więcej w tym samym czasie co
Hiszpania, swą ekonomiczną porażkę wykuwała sobie Rzeczpospolita. Jej rzeki pełne wtedy były przemyślnych statków "jednorazowego użytku", czyli w sumie dziwacznych tratw, które w Gdańsku rozbierano i ładowano na obce okręty. Na pnie polskich dębów czekały, m.in. stocznie z morskich krajów kontynentu, w których puszcze były już wtedy bardzo przetrzebione. Skutkiem tego ponoć nawet okręty Kolumba zbudowano z nadwiślańskiego drewna. Byliśmy w tym zakresie niemal surowcowym monopolistą, a nie potrafiliśmy awansować z dostawcy surowca do pozycji choćby przeciętnego wytwórcy.
Zasadniczym produktem eksportowym Polski było wtedy jednak zboże. Nasz kraj, zwany wówczas spichlerzem Europy, sprzedawał je masowo i tanio. Kolejne pokolenia kontynuowały handlową tradycję: my Zachodowi płody ziemi i naszą całkiem sprawną dystrybucję (która zresztą organizowana była przez szlachtę, co utrudniło rozwój kupiectwa), a z Zachodu do nas - wyroby rzemiosła, a potem przemysłu. Dzięki dostatkowi niedrogiej żywności Holendrzy, Francuzi czy
Niemcy skupić się mogli na tym, co bardziej intratne i rozwojowe. Na produkcji o coraz wyższej wartości dodanej. Na coraz lepszym wykorzystywaniu technologii i kumulowaniu kapitału.
W Brukseli, Antwerpii czy Amsterdamie warsztaty przekształcały się w manufaktury, z czasem zaczynające być fabrykami, a nad Wisłą zadowolone ze swego stylu życia, choć relatywnie coraz uboższe ziemiaństwo konserwowało archaiczną gospodarkę polegającą na uprawie roli. Naszych Sarmatów nie otrzeźwiły nawet liczne wojny. Kraj zmuszony do odpierania wyjątkowo częstych najazdów nie zdołał dorobić się nawet własnego porządnego "sektora produkcji uzbrojenia". Także taki towar wówczas pierwszej potrzeby jak broń palna sprowadzano, płacąc zbożem, z odległych Niderlandów. Skutki tego nie mogły być inne. Kiedy o jakości armii coraz bardziej przesądzał poziom jej wyposażenia, a o zasobności i sile państwa jego miasta - Rzeczpospolita miała gospodarkę wytwarzającą niewiele produktów złożonych i gotowych, była krajem wiejskim i tym samym - słabym. Ekonomiczna krótkowzroczność stała się jednym ze skutków późniejszego upadku państwa.
Dziś już z perspektywy minionych dwudziestu lat dostrzegamy efekty decyzji, które były do przewidzenia, a których usunięcie będzie dziś bardziej kosztowne od wszystkich zysków, jakie one przyniosły. Likwidacja w latach 90. dużej części szkół zawodowych przyniosła wielką wyrwę kadrową, dotkliwie odciskającą się na naszej gospodarce. Zbyt łatwo przyszło nam też rozstanie z wieloma zakładami pracy. To prawda, że często nie miały racji bytu i nie miały szans w swojej dawnej formule - organizacyjnej, technologicznej i własnościowej. Ich zniknięcie pociągnęło jednak za sobą kres wielu biur technologicznych. Młodzież kończąca politechniki miałaby dziś więcej miejsc pracy otwierających perspektywy dla naszego przemysłu i dla nich samych. Tu, w kraju. Z braku tych miejsc kariery te realizują się za granicą, na rzecz innych.
Odnotowywany dziś
wzrost gospodarczy jest bez wątpienia ogromnym sukcesem. Jaki jest jednak w nim udział wytwórczości nowoczesnej, innowacyjnej, mogącej stanowić koło zamachowe także dla innych branż? Niewielki. Czy w dostatecznym stopniu dziś się troszczymy o to, co będzie skutkiem naszych działań za kolejne 20 lat?
Kiedyś, zaraz po wyjściu z komunizmu, nie mieliśmy kapitału i nie mieliśmy wiedzy. W związku z tym jedyne, co nam pozostało, to być pracownikami i pilnymi uczniami. I byliśmy. A teraz, skoro uczeń zaczyna się zbliżać do swojego nauczyciela, kiedy zaczynamy rozumieć mechanizmy współczesnego kapitalizmu, to powinniśmy zadać sobie parę podstawowych pytań. Czy w międzynarodowym podziale pracy i wartości dodanej mamy sprzedawać tylko swoją pracę, najlepiej tanią pracę? Czy nie powinniśmy bardziej ambitnie starać się samemu kumulować kapitał i go eksploatować? Wśród krajów, które osiągnęły największe sukcesy w rozwoju, widać wyraźnie, że najwięcej dorobili się ci, którzy umiejętnie budowali kapitał, nawet skromny, i na jego bazie tworzyli produkty i usługi zawierające coraz więcej myśli ludzkiej. Czy zatem dobrze rozumiemy, że na prostej pracy i prostej dystrybucji trudno budować strategię długofalowego rozwoju biznesu i rozwoju kraju? O tym będzie następny felieton.