Jeszcze kilka miesięcy temu obecność
Google'a w Chinach wcale nie była przesądzona. Między firmą - twórcą najpopularniejszej wyszukiwarki internetowej świata - a władzami Chin trwał spór o cenzurę w sieci stosowaną przez chińskie władze. Google skarżył się też na to, że jego stronę atakują chińscy
hakerzy.
W styczniu br. firma zagroziła, że może z tego powodu całkowicie wycofać się z Chin, a w marcu Google wycofał się z cenzurowania chińskiej wersji swojego serwisu i wszystkich użytkowników odwiedzających stronę www.google.cn zaczął automatycznie przenosić na serwery w Hongkongu na nieocenzurowaną wersję serwisu (www.google.com.hk).
W odpowiedzi rząd w Pekinie zagroził, że nie odnowi firmie Google licencji na działalność w Chinach.
Groźba podziałała, firma trochę uległa. W ubiegłym tygodniu Google zrezygnował z automatycznego transferowania użytkowników na serwery w Hongkongu, choć de facto nadal to robi - przez link umieszczony w chińskiej wersji strony.
- Musieliśmy skończyć z bezpośrednim przekierowywaniem - mówił w czwartek prezes Google'a Eric Schmidt. Bo w przeciwnym razie Google zostałby wyrzucony z najszybciej rozwijającego się rynku internetowego na świecie.
Google i tak ma na nim kłopoty. Po spięciu z władzami na początku roku jego udziały w rynku wyszukiwarek internetowych spadły z 36 do 31 proc. Co gorsza wiele chińskich firm zdecydowało się na zerwanie współpracy z koncernem. Jego wyszukiwarka ma w Chinach poważną konkurencję ze strony liderującego na rynku chińskiego odpowiednika Google'a - wyszukiwarkę Baidu.
Dziś dochody z działalności w Chinach to ledwie drobny ułamek rocznych przychodów Google'a (24 mld dol.), ale kluczowe są długoterminowe perspektywy wzrostu tego rynku. W Chinach jest obecnie ok. 400 mln internautów.