Po tym gdy 68 proc. pracowników fabryki Pomigliano d'Arco pod Neapolem opowiedziało się w niedawnym referendum za przeniesieniem produkcji nowego modelu Pandy z Polski do Włoch, było jasne, że ostateczna decyzja w tej sprawie jest tylko kwestią czasu.
Wczoraj prezes Fiata Sergio Marchionne potwierdził, że produkcja nowej Pandy rozpocznie się we włoskiej fabryce w drugiej połowie przyszłego roku. Fabryka ma produkować do 300 tys. aut rocznie.
Bogusław Cieślar, rzecznik Fiat Auto Poland, przekonuje, że decyzja koncernu nie będzie miała żadnego wpływu na sytuację zakładu w Tychach. Zakład chce bowiem wypełnić lukę po Pandzie, wdrażając do produkcji nowe
auto - Lancię Ypsilon. Przygotowania do produkcji tego model już się w Tychach rozpoczęły. Pierwsze auto ma zjechać z taśm montażowych wiosną 2011 roku. Fabryka ma produkować około 100 tys. egzemplarzy (to trzy razy mniej niż obecnie produkowanych jest pand). - Jesteśmy jednak przekonani, że Lancia odniesie sukces i produkcja jeszcze się zwiększy - przekonuje Cieślar.
Uspokaja, że jeżeli nie dojdzie do jakiegoś gwałtownego załamania się sprzedaży w Europie, to w Tychach nie będzie żadnych zwolnień pracowników.
Nieco mniej spokojni są jednak pracownicy i związkowcy z tyskiego Fiata, którzy od samego początku alarmowali, że zabranie Pandy Tychom może doprowadzić do kłopotów fabryki. W środę 21 lipca związkowcy organizują w tyskim urzędzie miasta spotkanie, na które oprócz premiera, zaprosili też władze województwa, parlamentarzystów, a nawet Johna Elkanna, szefa rady dyrektorów i wnuka legendarnego Giovanni Agnelliego (wiadomo, że nie przyjedzie). - Chcemy pokazać, że nie jesteśmy tylko od strajków i machania flagami, ale że zależy nam na fabryce i miejscach
pracy. Przy okazji przekonamy się też, czy tak samo myślą urzędnicy i politycy - mówi Franciszek Gierot, szef Sierpnia 80 w Fiacie.
Decyzja w sprawie Pandy zbiegła się w Tychach z inną zmianą. Od lipca zakład przestał - pierwszy raz od pięciu lat - pracować w soboty, co oznacza, że załoga dostanie po kieszeniach. Soboty były bowiem dodatkowo płatne, a po przekroczeniu określonej liczby nadgodzin stawka dla pracowników wzrastała nawet do 120 proc. - Pracując przez cztery soboty w miesiącu, można było dodatkowo zarobić jedną trzecią
wynagrodzenia - mówi Gierot. W przypadku pracowników Fiata oznaczało to nawet 2 tys. zł brutto ekstra.